Zastanawialiśmy się z Żoną nad wyborem miejsca na majówkę. Braliśmy pod uwagę Wrocław i inne destynacje. Stanęło na Lwowie, nawet mimo posiadanej w pamięci długiej odprawie na granicy gdy wracaliśmy z nart w Bukovelu w lutym tego roku. Spędziliśmy wtedy ponad 6 godzin ze zmianą przejścia granicznego z Korczowej (gdzie padł system komputerowy i nie było odpraw), a później w Medyce.
Po raz pierwszy skorzystaliśmy z Airbnb, serwisu dzięki któremu można wynająć kwaterę, bądź apartament od prywatnych osób. I to był strzał w dziesiątkę! Zarówno jeśli chodzi o wybór miasta jak i miejsca do spania! Trafiliśmy przytulne mieszkanie w kamienicy Wilczków, czyli pod adresem Rynek 3. Już bardziej w centrum się nie da! 😜
Sympatyczna Ania, właścicielka mieszkania zaprasza również bezpośrednio telefonicznie do rezerwacji +380977493887. Wówczas nie będzie musiała zapłacić prowizji.
Jesteśmy zachwyceni starym Lwowem. Wszystko jest tak blisko siebie (to się dziewczynom spodobało). Wspaniała różnorodność architektoniczna i od groma polskich akcentów (to się podobało mnie). Bardzo dużo kawiarni, knajpek, restauracji. Co krok coś. Aha! Kebabernia była tylko jedna (może jest więcej? My widzieliśmy jedną exclusive I jedną budę z kebsem, ale to się nie liczy 😀). No u nas to jest nie do pomyślenia! Co druga knajpa, to przecież musi być kebab!
Jagodzie najbardziej się podobał Dom Dziwów z trabantem Harrego Pottera na dachu, gnomem na dachu, któremu wrzuca się pieniądze do dziurawego kapelusza, knajpką na dachu i smokiem z tramwajem na elewacji, gdzie co 3 godziny smok zionie ogniem. Ciekawe jest to, że na tablicy przy wejściu do kamienicy jest informacja, że pokazy są o 12, 15, 18 i 21, ale „czasu lwowskiego”. Z tego powodu Jagoda czekała na pokaz ponad godzinę i dokładnie o 21:24 (sic!) rozpoczął się pokaz. Najwyraźniej lwowiacy nie są zbyt punktualni? A może kryje się tutaj inna historia?





Patrycji najbardziej podobały się lwowskie uliczki z restauracjami i knajpkami co krok. Kuchnia włoska, francuska, tajska, indyjska, co dusza zapragnie! I kawiarnia z kawą na wynos co krok. I croissanty.
Mnie, jak napisałem wcześniej zachwyciła różnorodność, historyczność i polskość zabytków. Naprawdę jest czym się zachwycać. Jest pięknie!
Bardzo duże wrażenie na mnie wywarła opera. Poważnie się zastanawiam, czy się nie wybrać w któryś weekend z dzieciakami tutaj na operę, albo balet? Tylko ta granica… Loteria. Właśnie rozmawiałem z Polakiem, który wyjechał w sobotę, czyli 28 kwietnia przed długim weekendem i powiedział, że stracili na granicy do Ukrainy jadąc 6 h. Godzinę w Medyce i gdy nic nie drgnęło, pojechali na przejście w Krościenku. Tam po 5h wjechali na Ukrainę. My w Korczowej 1 maja przyjechaliśmy granicę w 2h. Loteria.
Opera przepiękna, kurtyna Sieradzkiego metalowa przyozdobiona pejzażem lwowskim przeciwpożarowa również niesamowita. Wnętrze opery w stylu Art Deco fin de siecle SUPER!











Ogólnie jest jedno wrażenie ze Lwowa które napawa mnie niepokojem. Mam wrażenie, że sporo zabytków, budowli pamiętających Polskę i polskich właścicieli jest traktowanych w podobny sposób, co dobra poniemieckie na terenach „odzyskanych” po drugiej wojnie światowej w Polsce. Chodzi o niepewność, czy za chwilę nie pojawi się Niemiec, który będzie chciał odzyskać posiadłość swojego ojca, dziada. To po co remontować i dbać? Skoro nie wiadomo do końca, czy to moje? Podobnie rzecz się ma tu we Lwowie. Bynajmniej tak to wygląda.
Restauracja Valentino w hotelu szwajcarskim. Patrycja znalazła recenzję tego miejsca. Polecamy się tutaj wybrać. Za 100 zł obiad dla naszej trójki na najwyższym poziomie ( i wcale nie chodzi wyłącznie o taras na dachu). Kubki smakowe dopieszczone. Obsługa tip-top. A widoki! Warte miliona dolarów! Ja rozumiem Polaków, którzy jak już przyjadą do Lwowa to oczekują obiadu do 50 zł dla trójki osób, no ale spróbujcie zjeść wykwintny obiad w Krakowie w świetnej restauracji dla trojga za 100 zł… Wątpliwe, by 500 zł wystarczyło. Dlatego tacy hedoniści jak my polecają dać się „dopuścić u Lwowi” 😜






Śniadanie jedliśmy w kawiarni Apteka Mikolasza (obecnie jest inna nazwa, chyba „pod złotą gwiazdą”). Nastawieni byliśmy na wykwintne „niewiadomoco”. Patka była zachwycona swoim jajkiem z szakszuką a ja nie dość że zamiast omleta z wędzoną wołowiną i parmezanem dostałem z „szynką parmeńską”, to jeszcze nic nadzwyczajnego się nie doszukałem. Jagoda zaś była tak głodna, że w ogóle nie zwróciła nawet uwagi co jadła 🙂 Kawa za to była tutaj wspaniała – najlepsza i najmocniejsza jaką piłem od długiego czasu. Rewelacja. Wystawka słodkości w tej aptece była wabikiem nawet na taką „chodzącą dietę” jak Patka. Dlatego gdy Jagoda poprosiła kolorowe makaroniki, Patka się długo nie zastanawiała. Zwłaszcza że były w cenie tak niskiej, że niespotykanej nigdzie indziej w świecie (a przynajmniej tam gdzie dotychczas byliśmy). W apartamencie spróbowaliśmy – były przepyszne, więc nie zawsze niska cena musi iść w parze z kiepską jakością.
Zjedliśmy też obiad w restauracji „Siodło” w Rynku. Moją opinię o miejscu i jedzeniu znajdziecie TUTAJ
No ale we Lwowie nie spędzaliśmy całego czasu przesiadując w lokalach zajadając i od czasu do czasu popijając. Całkiem sporo chodziliśmy i oglądali.
Fajne we Lwowie jest to, że wszystko jest blisko siebie, więc nie trzeba się niebywale nachodzić, żeby zobaczyć to co najważniejsze. W przypadku moich „niezbyt chodzących” Dziewczyn – to zdecydowany atut.

Z racji lokum w kamienicy Wilczków, czyli pod adresem Rynek 3, zaczynaliśmy w rynku. Rynek jest dość obszerny. W środku rynku umieszczony spory ratusz z wieżą. Poza północnym szeregiem (elewacją) kamienic, wszystkie pozostałe mają swoją historię i każda z osobna jest wyjątkowa, piękna i niepowtarzalna. Ponoć najstarsze są te od numeru 1 i kolejno. Można więc powiedzieć, że spaliśmy w jednej ze starszych, bo siedemnastowiecznej kamienicy. Co ciekawe, przez rynek nadal przejeżdżają tramwaje. Ruch samochodowy nie jest całkowicie zamknięty, choć było go niewiele. Obecnie już rzadko się spotyka w takich miejscach na zachodzie europy, by nadal w takich turystycznych i historycznych miejscach odbywała się komunikacja samochodowa i publiczna. Najczęściej są to strefy z wyłączonym ruchem komunikacyjnym.

Niestety nie widać na większości kamienic zabiegów konserwatorskich od wielu lat. Niektóre w ogóle wyglądają, jakby nie miały odnawianych elewacji od przedwojnia. Dzięki temu w wielu miejscach widoczne są polskie akcenty – a to nazwa ulicy Grodzickich ze starym numerem choć obok tabliczka informuje, że obecnie ulica drukarską jest zwana, a to stary szyld sklepu jaki przed wojną funkcjonował w miejscu gdzie obecnie jest coś innego. Są też i takie miejsca, gdzie nadal funkcjonuje to samo co przed wojną i pod tą samą nazwą. Tak jest na przykład z Hotelem George. Jedyna zmiana, to nazwa już nie czcionką łacińską a cyrylicą napisana. Zresztą Hotel Dżordź jest przy placu imienia… Adama Mickiewicza! A na placu tym niezmieniony od lat stoi spory granitowy pomnik naszego wieszcza (choć prawa do nazwania go „swoim” uzurpują sobie również białorusini i litwini), na którym poza polskim imieniem i nazwiskiem jest również umieszczony z tyłu herb unii polsko – litewskiej.


Co i rusz widać zmienione napisy z łacińskiej czcionki na cyrylicę. Wygląda to przezabawnie zwłaszcza w sytuacji, gdy współczesna restauracja ma szyld napisany cyrylicą i jeśli umiesz to przeczytać zaczynasz się śmiać, że Felicita może wyglądać właśnie tak…
Może nie każdego to bawi, ale mnie tak! 😀

Od pomnika Mickiewicza warto się wybrać „prospektem swobody” do pomnika Tarasa Szewczenki. To taki ukraiński wieszcz na miarę naszego Mickiewicza, zresztą panowie się poniekąd znali, a Szewczenko podziwiał twórczość naszego Adaśka i nawet wiersz mu napisał. Możliwe to było o tyle, że w onych czasach jeszcze nie znano tak skrajnie prawicowego pojęcia narodowościowego, a ich obu nawoływania do walki o wyzwolenie nie było w żaden sposób podszyte nienawiścią do innego narodu. Z biegiem czasu zaczęło się to zmieniać (zwłaszcza pod wpływem nacjonalistycznych ruchów faszystowskich i skrajnego nazizmu) i ostatecznie doprowadziło do sytuacji jaką mamy obecnie pomiędzy narodami polskim i ukraińskim. Niby ludzie się lubią, niby wspierają, ale każdy pamięta co drugi zrobił i o tym nigdy nie zapomni. Polak pamięta rzeź wołyńską i Stepana Banderę, Ukrainiec nie zapomni akcji odwetowych na Ukraińcach w tym akcji Wisła.



Na skraju placu Adama Mickiewicza gdzie zaczyna się prospekt swobody jest nowa restauracja Сало. Można tam zjeść nowoczesne wariacje na temat tradycyjnej kuchni ukraińskiej. Dla przykładu są tam czekoladki nadziane słoniną w formie bombonierki 😉 I jeszcze taka ciekawostka: pamiętacie „książki skarg i wniosków”? Ci co mają grubo ponad 30 wiosen – pewnie tak… Tym młodszym wyjaśniam, że w epoce „realnego socjalizmu” w każdym sklepie była taka książka, gdzie można było napisać co się myśli na temat obsługi, co się sugeruje poprawić itp. Na Ukrainie to zostało 🙂



Z prospektu swobody po obejrzeniu opery skręcając w stronę rynku można przejść przez bazarek na którym wystawione jest sporo suwenirów, kopii ikon i staroci. Blisko stamtąd do cerkwi Przemienienia Pańskiego i dalej do dzielnicy ormiańskiej z klimatyczną Katedrą Ormiańską. Blisko Rynku warto zobaczyć również Jezuicki Kościół św. Piotra i Pawła. Stąd jest dwa kroki do Katedry Łacińskiej i przepięknej kaplicy Boimów tuż obok. W ulicy drukarskiej warto odwiedzić kawiarnię „Poczta”, w której ściany są ozdobione starymi widokówkami a stamtąd w zaułku ulicy ormiańskiej przysiąść w „ogródku z zacięciem artystycznym”. Stamtąd przechodząc obok Kościoła Dominikanów dojdziemy do Arsenału Królewskiego a później do Muzeum broni.

















Zaraz obok jest kolejne ciekawe miejsce. To placyk przy nieistniejącej już synagodze „Złota Róża”. Mamy tutaj budkę z „pijanymi wiśniami” (co warto spróbować) oraz restaurację i piekarnię, gdzie obok pieczywa można zjeść pstrąga i sporo innych pozycji, ale właśnie z bagietek, pieczywa i pstrąga miejsce to jest znane. Wieczorami codziennie pojawia się na murach trębacz i odgrywa kilka standardów na trąbce (kilka jazzowych i „tylko we Lwowi”). Przyjemna atmosfera, dobre jedzenie i obsługa, pijane wiśnie i można czekać, aż na kamienicy obok (Dom Dziwów) pojawi się wreszcie wyczekiwany przez Jagodę jeżdżący tramwaj i zionący smok. W drodze powrotnej do domu (czyli w Rynku do kamienicy Wilczków) zahaczaliśmy o losowe miejsca i tak trafialiśmy np. na winiarnię, gdzie za niewielkie pieniądze spróbowaliśmy całkiem niezłego wina – były mołdawskie i ukraińskie.


















W okolicy Kościoła Św. Andrzeja przy ulicy Wałowej trafiliśmy wieczorem do poleconego nam miejsca o ciekawej nazwie „Mięso i sprawiedliwość” 🙂 Udało nam się rzutem na taśmę przed zamknięciem zamówić świetne pozycje z grilla a i dla Jagody coś się znalazło. Smacznie. Polecam! TUTAJ jest moja opinie o tym miejscu.

Podsumowując – bardzo udany wyjazd! Nie dziwi coraz większa ilość Polaków przybywających do Ukrainy w celach turystycznych. Bardzo sympatycznie odbieram Ukraińców we Lwowie. Wszyscy z którymi się zetknęliśmy byli mili, uprzejmi i sympatyczni i to nie dotyczy wyłącznie ludzi z obsługi w restauracjach itp. Trochę gorzej odbierałem stosunek Ukraińców do mnie w tym roku w Bukovelu. Trafiali się faceci, którzy zdawali się mnie prowokować w zasadzie nie bardzo wiem do czego? Sprzeczki, bijatyki? A może tylko tak mi się wydawało… W każdym razie w ubiegłym roku w Bukovelu takich odczuć nie miałem. Jeśli chodzi o wojnę, która się toczy przy granicy wschodniej, to owszem, w mediach ukraińskich słychać, że coś tam się dzieje, ale w życiu codziennym a zwłaszcza jako turysta tego w ogóle nie czułem, że jest jakieś zagrożenie, że wojna jest w Ukrainie. Pojawiające się na trasie billboardy ze Stepanem Banderą i inne flagi czerwono-czarne, czy też jakieś inne memoriały innych „gieroji” no nie podobają się! Ale to inny temat ukraińskiej tożsamości narodowej, a może raczej ukraińskiego problemu z tożsamością narodową i brakiem lepszych wzorców. Jeżeli ktoś z Was czytających chciałby o cokolwiek więcej spytać – piszcie do mnie, komentujcie wpis!
VLQ

