Mlini beach do Hvar i Stari Grad

Śniadanie jak zwykle o 8:30 i za propozycją Mariusza, dostaliśmy się zaraz później pontonem na pobliską plażę Mlini Beach. Mogliśmy w sumie udać się na jeszcze dwie plaże w pobliżu, ale najpierw chcieliśmy się rozejrzeć po najbliższej nam Mlini. To był bardzo dobry wybór jak się później okazało!

Plaża podzielona jest na dwie części oddzielającym je pomostem do przycumowania łodzi i korytarzem pomiędzy oddzielonymi linami z bojkami strefami do kąpieli. To powoduje, że czasem robi się korek, gdy zbyt dużo na raz łodzi spróbuje dostać się do pomostu. Nam się jednak udało bez problemów. Lewa część plaży patrząc od morza wyposażona jest w rozstawione dość szeroko antresole, by zapewnić więcej przestrzeni i intymności. Prawa strona ma tarasy z drzewami dającymi wytchnienie w cieniu od słońca i drewniane leżaki. Plaża oczywiście jak wszędzie w Chorwacji jest kamienista. Woda pięknie przejrzysta, więc można oglądać życie podwodne, a sporo się tu dzieje!

Z plaży piękny widoczek na malutka wysepkę naprzeciw. Ogólnie jest kameralnie, ludzie na poziomie, więc miło i uprzejmie, żadnego chamstwa, parawanów i disco polo. Pełny relaks.
Całości dopełnia jednak restauracja i (a może przede wszystkim) widok z jej tarasu. Spektakularny! Piękny!
Zachwytom naszym nie było końca. Każde z nas chciało mieć zdjęcie z tym widoczkiem. Jak na Karaibach.

W restauracji ceny zaskakująco normalne. Nie za wysokie. Zaskakujące dlatego, że jednak miejsce spektakularnie piękne no i oddalone od stałego lądu dość sporo. Dlatego zamówiliśmy kalmary Jagodzie, ośmiornicę Patrycji i jeszcze radlerki, kawę i winko w wersji letniej z mineralną.
Jedzenie przepyszne! Świeżutkie i dobrze zgrillowane. Idealnie. Ośmiornica kosztowała 160 kun, kalmary 120.

Wróciliśmy po jedzeniu na naszą łódź i udaliśmy się do Hvaru. Trochę było problemów z zakotwiczeniem się przed wejściem do portu. No nie chciała nam kotwica się zaczepić i cześć!

Gdy wreszcie się to udało, wylądowaliśmy na lądzie miasta Hvar na wyspie o tej samej nazwie. Przeszliśmy całą promenadą aż do klasztoru franciszkańskiego. Grzegorz sądził, że tam uda nam się znaleźć autobus lub taxi do miejscowości Stari Grad. Taksówkarz krzyknął 300 kun za kurs w jedną stronę a autobusy jak się okazało odjeżdżają z okolic starej katedry św. Szczepana. Musieliśmy się wrócić.

Gdyby kogoś z Was wzięła ochota na lody w Hvarze, to odpowiadam: „Lody mają tutaj byle jakie”. Nie warto próbować!
Na przystanku okazało się, że spóźniliśmy się o 20 min na autobus. Kolejny będzie za półtorej godziny. Wzięliśmy więc taksówkę w jedną stronę z nastawieniem, że powrót zrobimy busem. Po drodze znów widzieliśmy, że podobnie jak w przypadku dotychczas widzianych wysp w Chorwacji, również i Hvar ma mnóstwo większych i mniejszych zatoczek urokliwych i kameralnych wzdłuż swojej mini brzegowej. Naprawdę każdy może tutaj znaleźć coś dla siebie wedle uznania. Prawdziwe bogactwo!

Stari Grad, nie zachwycił mnie jakoś szczególnie. Owszem, to port w którym zacumowanych jest mnóstwo łodzi i promenada ciągnąca się wzdłuż zatoki będącej portem. Wzdłuż promenady stare budynki z białego kamienia sprawiające wrażenie starych, ale na oko ciężko stwierdzić ich wiek. No może mniej ludzi niż w Hvarze, ale poza tym Hvar wywarł na mnie lepsze wrażenie.
Przeszliśmy całą promenadę a na końcu zatoki za parkiem sprawdziliśmy godzinę odjazdu autobusu i tak po 20 min pojechaliśmy z powrotem do Hvaru.

Kupiłem na dzisiejszy wieczór butelkę chorwackiego brandy Badel i jeszcze parę rzeczy których nam brakowało w zapasach i wróciliśmy do naszego katamaranu. Zgodnie z obietnicą, Mariusz przygotował nam kolację w stylu chorwackim. No i znów nasz Kapitan Cook popisał się swoim talentem kulinarnym! Čevapcici z tłuczonymi ziemniakami i kiszoną kapustą. Ciekawostka jest taka, że Mariusz kupił całą główkę unoszonej kapusty. Nie zszatkowanej a całej!
Pyszne to było!

Wieczorem decyzja zapadła, że to ostatni wieczór na jachcie, bo żeby uniknąć korków przez Zagrzebiem jakie widzieliśmy w drodze do Chorwacji, wyjedziemy do Polski nie w sobotę rano a w piątek wieczorem.

Kładliśmy się spać więc z wiedzą, że to ostatnia noc na jachcie. Kolejną noc już będziemy spędzać jadąc busem z powrotem do Polski. Cieszyliśmy się więc z ostatniego zachodu słońca jaki widzieliśmy z perspektywy zakotwiczonej łodzi.

Ja to się nawet cieszyłem korzystając kingstona pod pokładem. Jeśli spytacie, dlaczego, to sami spróbujcie wywnioskować, biorąc pod uwagę widoki za okienkiem 🙂 One million $$$ view (widok za milion $$$)!

Do zobaczenia jutro w relacji z ostatniego dnia rejsu!
Ahoj!

Zostaw komentarz