Opcio ma urodziny, a ja pecha

To relacja z drugiego dnia na trasie. Dzisiaj są okrągłe 38 urodziny Opcia. Nocleg w hoteliku Hermes w Pieniężnie był naprawdę przyzwoity. Biedra obok, więc szybkie zakupy z rana i śniadanie gotowe. Ruszyliśmy na Górowo Iławeckie. Szutry dzisiaj królowały. Ciężko po tym jechać szybko. Co prawda, to zrobione na nasypach kolejowych, więc nie ma zbyt dużo różnicy w pionie, no ale ten szutr z dość dużego kalibru kamieni jest momentami grząski i nieubity. Prędkość spada, więc żeby nie stracić równowagi, trzeba mocno pompować nogami. A nogi przyspawane do pedałów zapięciami SPD. Żeby nogę uwolnić z zapięcia, trzeba ją odpowiednio przekręcić, tyle że to nie jest naturalny ruch. Jak zapomnisz a prędkość jest za mała, to zaczynasz widzieć, jak świat Ci się przechyla. Nie! To ty się przechylasz, bo lecisz na bok razem z rowerem i ciężkimi sakwami. Do tego często po bokach tej szerokiej na 2 m drogi są balustrady, bo za nimi są skarpy na kilka metrów wysokie. Więc jeśli już lecisz, to lepiej nie walnąć łbem o barierkę. Ja poleciałem. Przed samym Górowem Iławeckim. Rozwaliłem sobie dość mocno kolano. Lewe. A wjeżdżając na parking sklepu w Gorowie wywaliłem się identycznie na to samo kolano. Skończyło się na opatrywania, odkażaniu, wydłubywaniu piasku i sykach z bólu.

Pognaliśmy do Lidzbarka Warmińskiego. Drogą asfaltową. Ulepianką. Czyli trasa jak nieszczęście i prędkość słaba znowu. Ja zacząłem łapać doła widząc jak nam tą trasą wijąca się jak piskorz idzie… Jak krew z nosa! Jest ryzyko niedojechania najpóźniej 29 lipca do Rzeszowa. Chcę dotrzymać tego terminu. Zaczyna się stres. Gdy zbliżaliśmy się do Lidzbarka mijaliśmy jezioro Wielochowskie. Mnóstwo ludzi tam przyjechało, ale nie ma się co dziwić, w końcu sobota i ładna pogoda.

Nagle słyszę syk. Zatrzymuje się i widzę u mnie kapcia z tyłu. Klnąc ekspresowo wymieniam dętkę. Coś przebiło mi oponę i powłokę kevlarową jaką mam wbudowaną w moje opony. Pewnie szkło. Pech.

W Lidzbarku zatrzymujemy się na obiad w restauracji Warmianka. Dobre domowe jedzenie. Załapaliśmy się jako ostatni przed zamknięciem. Dalej minęliśmy Stoczek Klasztorny, gdzie więziono kard. Wyszyńskiego. Przed Galinami projektant GV zafundował nam ścieżkę edukacyjną przez las. A w Galinach stadnina koni. Ale jaka! Przepiękna! Sami zobaczcie.

Dalej pognaliśmy na Bartoszyce. Naprawdę kiepską drogą. Co z tego że betonową, skoro z sześciokątnych bloków, nierówną jak cholera. Strasznie nas wytrzęsło. Płyty poprowadzone do byłych PGRów od głównej trasy i ciągnęły się dobrych kilka km. Mijaliśmy po drodze opuszczone, zaniedbane dworki.

Nocleg znaleźliśmy bez problemu w Bartoszycach u starszego Pana w hoteliku Wikola.

Zostaw komentarz