Piękna Komiža wita nas

Pobudka i o uzgodnionej godzinie, czyli 8:30 śniadanie. Dzisiaj wachtę mają Grzesiek z Moniką. Ponieważ nabraliśmy sporo jedzenia, to stopniowo opróżniamy lodówkę. Po śniadaniu pływanie w zatoczce. Ja próbuję stanąć na supie na tyle, by móc coś powiosłować. Na razie stabilnie to tylko siedzę na supie i wiosłuję. Spłukaliśmy z siebie słoną wodę zanim weszliśmy na naszą łódź i popłynęliśmy na drugą stronę wyspy Vis do wioski rybackiej Komiža.

Nie była to długa droga, bo musieliśmy zaledwie opłynąć wyspę Vis od jej północnej części by dostać się do Komižy znajdującej się po zachodniej wyspy. Mimo to była okazja znów stawiać żagle i trochę posterować jachtem pod czujnym okiem Kapitana. To naprawdę wspaniałe uczucie i nie da się tego porównać do kierowania samochodem w żadnym wypadku. Nie ma tutaj drogi którą się poruszamy. Musimy obserwować wiatr, jego zmiany i nasilenie i w zależności od tego korygować kurs łodzi w stosunku do obranego kierunku. Wyostrzanie kursu i odpadanie od niego – zrozumieją to tylko Ci z Was, którzy kiedykolwiek spróbowali żeglarstwa. W porównaniu z pływaniem po jeziorze (z czym jak dotychczas wyłącznie miałem styczność), jest o wiele więcej przestrzeni i jak mi się wydaje, więcej czasu na wykonanie manewru zwrotu czy zmiany kierunku.

uwielbiam!

Decyzją wspólną załogi, po dopłynięciu do Komižy, stanęliśmy na boi a nie w marinie, bo różnica w opłacie dwukrotna. Tak tak! Trzeba zapłacić opłatę portową za to, że staje się na boi lub cumuje w porcie. Potrzeby uzupełniania wody czy porady w marinie jeszcze nie ma, więc dlatego dzisiaj boja.

Komiža, to malowniczo położona niewielka wioska rybacka. Jak się okazało później, to było miejsce, które najbardziej przypadło mi do gustu z miasteczek, które odwiedziliśmy w trakcie naszego rejsu. Nie za duże, nie zatłoczone. Słowem – urocze miejsce!

Pontonem, który podwieszony na rufie jest w wyposażeniu naszego katamaranu, popłynęliśmy na plażę w Komižy. Urokliwe miejsce, wioseczka nie za mała, nie za duża. W sam raz dla nas. Przy plaży beach bar w którym spróbowaliśmy z Patką ich wersję Spritza. Marakuja Patki pyszna, ale mój miętowy smakował jakby wlali tam Ludwika do mycia naczyń. Mimo tego Germiš, czyli białe wino z gazowaną mineralną było jak na tą pogodę, czyli pełną lampę i 40° C w cieniu, idealnym drinkiem a przy tym w rozsądnej cenie. Bo ceny w chorwackich barach i restauracjach do niskich nie należą!
Spritz za ponad 20 zł i Germiš za 20 zł.

Dzieci bawiły się w wodzie, zbierały kolorowe kamyczki, bo plaża kamienista. Bez butów do wody bardzo niewygodnie. Bardzo przyjemna woda, ładna plaża. Ludzi w sam raz- nie było ich za wiele i dobrze, bo nie było tłoku. Mimo dobrego kremu do opalenia, jak się okazało nazajutrz, spaliliśmy się tego dnia dość srogo.

Ponieważ przyjemnie upływał nam czas na tej plaży i w zacienionym barze z możliwością skorzystania z kibelka nieopodal, to zabawiliśmy tutaj dłużej. Spotkaliśmy jeszcze na plaży Polską rodzinę nauczycieli z dziećmi, którzy co roku spędzają całe długie nauczycielskie wakacje na wyspie Hvar, gdzie mają swój domek. Dzisiaj przyjechali do Komižy żeby trochę zmienić otoczenie. Przyjemnie się z nimi rozmawiało czekając na Mariusza, który przez ten czas odpoczywał na łodzi.

Wróciliśmy na jacht pontonem z Mariuszem, żeby się przebrać i ruszyliśmy do restauracji. Część z nas poszła pieszo z plaży już do restauracji i dała nam znać, że jest miejsce w Konoba Bako do której mogliśmy przycumować pontonem.
Każde danie średnio kosztuje ponad 75 zł, więc jest drogo jak na polskie warunki, ale z tego co widzieliśmy później, to ceny całkiem normalne jak na wyspę, wakacje i miejsce turystyczne w Chorwacji.

Pasta z frutti di mare – 68 zł
Grillowane kalmary – 71 zł
Spaghetti z krewetkami – 116 zł
Zupa (mała ilość) – 24 zł
Piwo – 14 zł
Cappuccino – 9,8 zł
Do rachunku doliczona opłata za nakrycie(?) ale podejrzewamy że to „czekadełka”, które zamówił Mariusz. Grzanki z bagietki, oliwa z oliwek, ocet i taka pasta – pasztet z jakichś owoców morza. W cenie 24,50 zł.
Za jedzenie dla naszej trójki, Ryszarda i naszego Skippera Mariusza zapłaciliśmy w sumie 750,50 kun, czyli 458,60 zł.

paragon grozy 🙂

Jedzenie pyszne, obsługa świetna, chociaż na rachunek długo czekaliśmy, bo trafiliśmy w kumulację gości i zamówień.
Najedzona pierwsza grupa popłynęła z Mariuszem na jacht, a my spacerkiem pooglądaliśmy tą urokliwą wioskę rybacką nocą. Bo w nocy tętni to miejsce życiem! Niektórzy, wystrojeni, ze swoich drogich jachtów idą do nabrzeżnej restauracji na kolację i drinki. Inni spacerują podziwiając grę świateł na budynkach, marinie i jachtach przycumowanych do jedynego peera (pomostu) na marinie.

A po odświeżeniu się w toalecie mariny po upalnym dniu na jachcie i plaży, skończyliśmy dzisiejszy dzień na długich dyskusjach przy drinkach na pokładzie naszego 40- stopowego katamaranu.

widok na wioskę z bujającego się jachtu

A swoją drogą, to widzieliśmy dzisiaj w Komižy przy marinie ogromny 60- stopowy katamaran, który ma nawet własną obsługę. To dopiero luksus! Imponująca wielkość, przestrzeń widoczna z zewnątrz a i z opowieści Mariusza wiemy, co tam na pokładzie się znajduje, bo on pływał dokładnie takim modelem katamarana po Karaibach.
Do zobaczenia jutro!

Zostaw komentarz