Piękna, zalana Szwajcaria

Nie napiszę dzisiaj zbyt wiele, bo późno dojechałem do Campingu w Bern – stolicy kraju. Dzisiaj było trochę zwrotów akcji: deszcz, podtopienia ścieżek rowerowych, kapeć tym razem z tyłu, bardzo strome niekończące się podjazdy. Ale też mile rzeczy, jak to że poza porankiem nie padało przez resztę dnia, przepiękne, spektakularne widoki, krowy z dzwonkami, szybki ale sycący obiad w McDonald’s, no i piękna Lucerna oraz Bern.

Plan miałem, by dojechać do jezior za Bern, jakieś 30 km. Niestety najpierw z rana deszcz, który musiałem przeczekać i pakowałem mokry namiot. Później zalane wodą nieprzejezdne ścieżki rowerowe, więc musiałem zawracać i szukać objazdów, to jeszcze więcej czasu w plecy i niepotrzebnych kilometrów. To znowu złapałem kapcia tym razem z tyłu. Doszedłem już do takiej wprawy, że wydarcie dętki z namierzeniem dziury, jej załataniem i założeniem oraz napompowaniem zajęło mi już tylko 25 min. Zostałem bez dodatkowej dętki na wymianę, poprzedniej dziury nie udało mi się znaleźć. Przejeżdżał starszy gość, zaoferował pomoc. Spytałem po niemiecku, gdzie jest najbliższych sklep rowerowy? Okazało się że naprawdę blisko, bo jakieś 400 m dalej zaraz za ścieżką rowerową. Kupiłem dwie dętki i dodatkowe łatki, bo widząc że codziennie coś się dzieje, nastawiłem się na wiele dziur w gumach. Na miejscu dopompowałem kompresorem koła, bo moją ręczną pompką, to się można dojechać.

Chciałbym Wam jeszcze pokazać kilka budynków jakie mijałem tutaj. Bardzo mi się podoba taka architektura. Prosta, wręcz surowa. Mnie się podoba!

Dalej droga normalnie, aż dojechałem do pięknej Lucerny. Chciałem szybko zobaczyć 4 najważniejsze rzeczy, zjeść coś szybko i jechać dalej. Nawigacja zaczęła mi wariować i zacząłem kręcić się w kółko w tych starych wąskich brukowanych uliczkach. McDonald’s to nie są moje ulubione smaki, ale można skoczyć do WC, szybko dostać jedzenie i jest niedrogo jak na Szwajcarię.

W końcu jak się wygrzebałem z miasta, zaczęły się podjazdy i piękne widoki. Im piękniejsze widoki, tym bardziej stromo. Najgorsze, że końca nie widać tego wzniesienia, no i nie da się tego objechać inaczej niż autostradą która jest nie dla roweru.
Przy okazji spełniłem swoje jedno malutkie marzenie senne. Śniło mi się kiedyś, że spałem sobie na alpejskiej łące delikatnie grzanej słońcem, pachnącej kwiatami z łąk i gdzie oprócz delikatnego wiaterku słychać jeszcze było latające owady i dzwonki krów pasących się w oddali… To właśnie miałem dokładnie to! Jakbym miał deja vu. Obudziła mnie dopiero wilgoć na karku. Okazało się, że to woda spływała i zmoczyła mi kołnierzyk. Obudziłem się po jakichś 10 min drzemki na polu gdzieś tak w połowie podjazdów i zobaczyłem wspinającego się rowerem nieelektrycznym z sakwami brodatego gościa. Okazało się, że on jedzie nad lazurowe Wybrzeże. Może się kiedyś spotkamy?

Póki co, to dojechałem do Bern i na szybkości obejrzałem co ciekawego i pognałem na camping. Miałem obawę jak będzie, bo nie miałem rezerwacji. Planowałem skończyć 30 km dalej nad jeziorem i tam miałem rezerwację.
Na szczęście mimo że przybyłem o 20:30, to recepcja była czynna i miejsce dla mnie było.
Komercyjny ten kamping. Za wszystko trzeba płacić. Ciepła woda pod prysznicem? 1,5 CHF za 3 min!
Ładowanie prądem elektroniki? 2 CHF za kluczyk do szafki w której to zostawiasz naładować.
Sporo ludzi na campingu. Jednak mimo gwaru rozmów i imprez w 3 miejscach na polu aż do 3 rano i tak padłem przed 23, obudziłem się o 2 tylko żeby wsadzić do skrzynki powerbank do ładowania i wróciłem do spania.

Podsumowując, muszę modyfikować początkowe założenia trasy, bo jest ciężej na wzniesieniach niż przypuszczałem a i pogoda słaba, a w sobotę i niedzielę mają być burze. Skracam więc trasę i zobaczymy jak będzie dalej. Trzymajcie kciuki i do zobaczenia jutro!

Zostaw komentarz