Powrót z wysp, Bangkok nocą i lot do Polski

Wypoczęliśmy na wyspach po intensywnym zwiedzaniu Tajlandii. Oj chciałoby się zostać jeszcze chociaż na tydzień i mieć możliwość zobaczenia jeszcze wielu innych atrakcji jakie ten kraj proponuje turystom że o samych wyspach z Phi Phi wspomnę! Niestety ferie zimowe się skończyły już i trzeba było wrócić do ogarniętej dziwną w tym roku Polski. Córcia już wróciła do szkoły i była pod opieką Dziadków, Patrycja musiała wrócić do swoich zajęć dydaktycznych a ja do firmy. Do roboty!
Zanim jednak zaczniemy marznąć w Polsce, trzeba się do niej dostać. Dlatego najpierw musieliśmy się dostać do Bangkoku. Można to zrobić z wyspy Koh Pha Ngan na kilka sposobów. My wybraliśmy najszybszy.

Najpierw trzeba przepłynąć z krótkim postojem w Koh Samui promem do Surat Thani czyli miasta portowego na kontynencie, z którego wypływają wszystkie linie czterech firm promowych na wyspy Koh Samui, Koh Pha Ngan i Koh Tao.

Ponieważ mieliśmy wykupiony transfer na lotnisko, to gdy wysiedliśmy z promu na lądzie, musieliśmy podejść na parking busów zaraz obok, znaleźć naszego busa i już jechaliśmy na lotnisko w Surat Thani.

Lotnisko w tym mieście jest naprawdę niewielkie. Ceny w barze są dość wysokie. Mimo tego musieliśmy coś zjeść i wypić kawę. Lot krajowymi liniami Thai Lion Air był w porządku. Dlatego możemy te linie polecić wszystkim turystom.

Po wylądowaniu na lotnisku krajowym w Bangkoku Don Mueang i odebraniu naszych bagaży (w tym naszej już rozlatującej się dużej walizki) wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do ronda Victory Monument (Pomnik Zwycięstwa). To dość charakterystyczny punkt w tym mieście. Duże skrzyżowanie w kształcie ronda otaczającego spory pomnik zwycięstwa upamiętniający zwycięstwo Tajlandii w wojnie z Francją w 1941 roku. Wówczas rząd Vichy walczył z Tajlandią na terenach Francuskiej Unii Indochińskiej od 1940 do 1941 roku.

Tutaj również jest widoczna okrągła kładka dla ruchu pieszego (większa niż u nas w Rzeszowie), którą to podobno zainspirował się prezydent Tadeusz Ferenc.

Autobusem w Bangkoku jechaliśmy pierwszy raz. Najciekawsze było to, że podobnie jak w państwach postsowieckich, w autobusie bilety sprzedaje Pani konduktor. Bardzo ciekawie wyglądało to, w jaki sprawny sposób, trzymając przy tym równowagę w jadącym i bujającym autobusie Pani odbierała pieniądze, wydawała resztę i nadrywała bilety w ten sposób je kasując. Pełny podziw!

A my poszliśmy pieszo na zarezerwowanego Green Hostelu, by zostawić tam nasze bagaże i pójść jeszcze pozwiedzać Bangkok. Tym razem nocowaliśmy w bogatej dzielnicy, w której roiło się od wieżowców, centrów handlowych i ekskluzywnych hoteli.

Pokój jaki sobie zarezerwowaliśmy był najsłabszy ze wszystkich naszych noclegów w Tajlandii. W pokoju nie było okna. Łazienka była wspólna dla całego piętra. I tak jednak odnieśliśmy wrażenie że zajęte było tylko dwa, może trzy pokoje. Hostel, to po prostu dwa piętra z pokojami ponad salonem masażu Tajskiego, który był na parterze i do którego wchodziło się z ulicy. Na początku obsługa salonu masażu zdawała się być dość zaskoczona tym, że jacyś Europejczycy chcą tutaj właśnie przenocować, ale po rozmowie telefonicznej z właścicielem, któremu bardziej się wydawało, że mówi po angielsku niż w rzeczywistości, doszliśmy do konsensusu, że chcemy pokój dla dwojga ze śniadaniem tak jak w opłaconej przez nas rezerwacji na booking.com. Wyszło na to, że kierowniczka salonu specjalnie dla nas skombinowała nam na rano śniadanie (skoczyła do 7eleven 20 m obok i kupiła co trzeba). Mimo ich nieprzygotowania, wszystko było OK! Łóżko wygodne, do łazienki nie było strach wejść a śniadanie całkiem w porządku. Jednak jeśli będziecie chcieli gdzieś w tym rejonie się przespać, poszukajcie lepiej lepszego miejsca.

Bardziej ekskluzywna okolica ma bezpośrednie przełożenie na ceny jedzenia i wszystkiego. Szukaliśmy jeszcze przez wylotem do Polski jakieś suweniry. Wybór słaby, ceny zawyżone. Jedzenie byle jakie i drogie. Mimo tego znaleźliśmy dwa miejsca, w których się posililiśmy. Nie polecimy, bo było słabo. Natomiast zwiedzanie Bangkoku nocą, to mnóstwo wizualnych wrażeń, którymi podzielę się z Wami w relacji video w filmach które przygotowuję na YouTube. Nie udało mi się zrobić dobrych zdjęć tego wieczora, dlatego będę mógł dopiero w filmach pokazać Wam, co tam było i się działo.

Następnego dnia po śniadaniu, ruszyliśmy pieszo do stacji kolejki nadziemnej przy Pomniku Zwycięstwa. Oczywiście po raz kolejny nawigacja Google Maps wprowadziła mnie w błąd i dlatego zrobiliśmy niepotrzebnie prawie kilometr, czym wkurzyłem Patrycję. Poszliśmy w zupełnie odwrotnym kierunku. No ale po korekcie trafiliśmy w odpowiednie „tory”. Gorzej, że mieliśmy określoną ilość czasu, a na lotnisku też nie wiedzieliśmy na ile sprawnie pójdzie odprawa. Patrycja się denerwuje takimi sytuacjami i ja to rozumiem.

Na szczęście dotarliśmy z mniejszym niż zakładaliśmy zapasem czasu. W kolejce powiedzieliśmy Pani, która rozdzielała osoby do poszczególnych okienek, że my jesteśmy z lotu, który już tuż tuż i dzięki temu minęliśmy trochę osób. Zdążyliśmy. Zarówno w kolejce jak i na lotnisku już dało się odczuć inną „atmosferę” w związku z wirusem z Wuhanu. O wiele więcej ludzi było w maskach – zwłaszcza Azjatów. My ich nie mieliśmy. Za to dość zabawnie wyglądali ludzie, którzy byli w foliowych przeźroczystych kombinezonach – zamaskowani od stóp do głów. Wtedy jeszcze nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z powagi tej epidemii. Nikt nam nie mierzył temperatury, chociaż mijaliśmy jakichś mundurowych, którzy na monitorach sprawdzali temperaturę przechodzących osób.

Aeroflot ponownie pozytywnie nas zaskoczył świetną obsługą i naprawdę smacznym i sytym jedzeniem. Tym razem w nocnym locie obejrzałem kilka filmów z klasyki rosyjskiego kina ponownie dochodząc do wniosku, że trzymają poziom i nie mają się czego wstydzić w porównaniu z produkcjami Hollywoodu.

Podchodząc do lądowania coraz bardziej zaczęliśmy się martwić o nasze ubrania, bo widać było sporo śniegu w Moskwie. Na nasze szczęście tym razem z samolotu na lotnisko przeszliśmy rękawem, więc chłód odczuliśmy tylko pobieżnie. Na lotnisku Szeremietiewo spędziliśmy sporo czasu, bo kilka godzin czekając na nasz samolot do Warszawy. Jeśli chodzi o zachowanie ludzi i obsługi lotniska, to kompletnie nie dało się odczuć, że jakakolwiek epidemia zaczyna trawić cały Świat! Ludzie bez masek, nie było żadnego mierzenia temperatury, ani zdystansowania społecznego pasażerów.

Lot do Warszawy minął szybko a ja raz po raz zamawiałem napój Mors – który wybitnie mi posmakował! Zjedliśmy kanapeczki, popiliśmy kawą. Jedyna rzecz z której się śmialiśmy, to angielski spikera, którego nie była w stanie zrozumieć Patka a co dopiero ja. No i druga zabawna rzecz, to pomimo iż odpowiadałem na pytania stewardess po rosyjsku i tak z ich strony zawsze słyszałem angielski. Czyżbym aż tak kaleczył rosyjski, czy też kompletnie na homo sowietikusa nie wyglądam? Nie wiem, ale bawiło mnie to przednio 🙂 To tak jakby chcieli mi dać do zrozumienia: „próżne twe próby – i tak wiemy żeś nie ruski” 🙂

W Warszawie na lotnisku pustki. Bardzo to wyglądało dziwnie. Puste hole, porozstawiane blokady wejść. Sporo ludzi w maskach. O wiele mniej osób witających przyjezdnych. Po przekąszeniu wczesnego śniadania, ubraliśmy się najcieplej jak się dało i dygocząc poszliśmy na przystanek Neobusa. Ten się spóźnił, ale do Rzeszowa dowiózł nas bez większych niespodzianek. W końcu już w Rzeszowie trafiliśmy Boltem do domu. Zimno mimo że śniegu nie było. Prawdę mówiąc, to trochę dziwnie wyglądałem i się czułem przez pierwsze dwa tygodnie, bo skóra schodziła z nosa, trochę z twarzy i z ciała a oprócz tego mój organizm przyzwyczaił się do wysokich temperatur i wysokiej wilgotności a tu raptem zjazd w temperatury poniżej 0 stopni. Pewnie przez to w pierwszych dwóch tygodniach w Polsce objawy przeziębienia miałem i ja i Patka. Zwalczyliśmy to w ciągu 2 dni. A może to był Covid19? Tego nie wiemy…

W kolejnej relacji podsumuję cały wyjazd i dam Wam informacje o kosztach, cenach, rodzajach transportu, gdzie i w jaki sposób można zarezerwować loty, noclegi, atrakcje itp. A później będę wstawiał filmy z wyjazdu, które zacząłem montować.

Do zobaczenia i dziękuję za Waszą uwagę!

VLQ

2 komentarze

  1. Czytałem wszystkie odcinki, każdy z zapartym tchem:) czekam na kolejne 🙂 świetne flow, super uwagi i nietypowe porady. Gratuluje super urlopu i niesamowitej umiejętności przekazania tego dalej ! Pozdrawiam. Sąsiad 🙂

Skomentuj M12Anuluj pisanie odpowiedzi