Strzelająca opona w dniu 3

Wstałem dzisiaj – tak sam z siebie, bez budzika, o 6 rano. Opcio jeszcze spał do 7. Miałem więc godzinę na zrobienie relacji z pierwszego i zaczęcie relacji z drugiego dnia. Później śniadanie i prowiant na drogę. Spakowaliśmy się po długich pożegnaniach z Panem Wiktorem, sympatycznym 71-latkiem i właścicielem noclegów Wikola w Bartoszycach. Jak się okazało, Pan Wiktor urodził się i wychował w Wilnie. Dało się to poznać po miękkim Ł. Mamy nadzieję że następnym razem również spotkamy go w zdrowiu!

Droga z Bartoszyc do Gołdapi, którą zaplanowaliśmy na dzisiaj, to odcinek około 120 km.
Droga ta wiedzie głównie szlakiem szutrowym, są też odcinki asfaltowe z lepszą, wręcz dziewiczą nawierzchnią i takie „ulepianki” gdzie łata łatę łatą pogania i ciężko tym jechać.
Dzisiaj nie ścigaliśmy się z chmurami i deszczem. Początkowo zachmurzenie było spore a słońce nieśmiało spozierało spomiędzy gęstych chmur. Z upływem czasu słońce zaczęło prażyć i smażyć. Także kolory na rękach Opcia po dzisiejszym dniu są w 100% nasze narodowe. Biało czerwone są nasze barwy ulubione (:
Mijaliśmy małe miejscowości takie jak Sępopol, Sątoczno, Korsze, Barciany. W każdym z nich stary 13-wieczny gotycki kościół. Jeden lepiej zachowany, inny gorzej. Ale są, stoją, dają świadectwo obecności na tych ziemiach dawno temu zakonu krzyżackiego i innej, germańskiej nacji.

Część drogi wiedzie nasypem kolejowym w miejscu gdy niegdyś była świetnie wybudowana linia kolejowa a po wyzwoleniu, armia sowiecka zdemontowała tory, całą infrastrukturę i wywiozła do siebie. Teraz jest w tych miejscach szlak rowerowy. Tylko stare wiadukty i mijane przez rowerzystów stacje kolejowe z czerwonej cegły przerobione na gospodarstwa rolne świadczą o przeszłości.

Tak dojechaliśmy do Węgorzewa. Przy wjeździe do miasta, gdy już zaczęliśmy się kierować na obiad, zatrzymaliśmy się w pobliskim muzeum tradycji kolejowej.
Pan Antoni Wysokiński kolejarz od 68 roku z Olsztyna oprowadził nas po muzeum i ciekawie opowiedział wiele historii związanych z koleją i jej powiązaniem z historią tych terenów – Warmi i Mazur. Jeśli będziecie w Węgorzewie, to naprawdę warto tu wstąpić za te 6 zł na prawie godzinę.

Obiad zjedliśmy w Karczmie w centrum a jadąc tam obejrzeliśmy węgorzewską marinę. Ładnie, spokojnie, piękną ścieżką rowerową można dojechać.
Obiad nie zachwycił nas szczególnie. Udało nam się dosiąść do sympatycznych turystów kamperowców, bo inaczej musielibyśmy długo czekać na stolik. Jedzenie było słabsze smakowo niż wczoraj. Pierogów było sporo, ale nie zachwyciły nas szczególnie. A rosół z kołdunami nie miał nic wspólnego z wczorajszym w Natandze. Ot – wakacyjna buda z obiadami domowymi. W miarę szybko, w miarę dużo, drogo i niezbyt smacznie. No ale najedzeni pierogami i napojeni rosołem pojechaliśmy dalej. Mieliśmy jeszcze około 30 km.

Rosół z kołdunami

I wszystko byłoby super, gdyby nie nagły huk! Który się wydobył z mojej tylnej opony. Zatrzymałem się 2 metry dalej już na całkowitym flaku. Okazało się że rozsadziło mi oponę. Przecięta na którymś ostrym kamieniu na szutrze którym jechaliśmy. Po ściągnięciu opony zobaczyliśmy dwucentymetrowe przecięcie od wewnętrznej strony opony prostą linia niemal w poprzek. Wyglądało to jakby ktoś to zrobił nożem. Z dętki którą to miałem wypełnioną płynem samouszczelniającym w miejscu strzału została mała kałuża z tym płynem uszczelniającym. Zapasowej opo by żaden z nas ze sobą nie wozi. Pozostało nam zakleić dziurę w oponie. Pytam Opcia o łatki. Odpowiada mi, że to ja mialem wziąć… W ten sposób żaden z nas nie wziął łatek. Skleiliśmy oponę od wewnętrznej strony ducktape czyli srebrną taśmą i założyliśmy nowa dętkę. Na ten wyjazd wziąłem dwie zapasowe dętki! Opona po wytarciu z zewnątrz pokazała spora dziurę z której widać jest wkładkę antyprzebiciową. Opona Schwalbe Land Cruiser… Taka miała być dobra a prawie co wyjazd to dziura. Tym razem jednak krater raczej…

Zadzwoniłem do serwisu rowerowego w Gołdapi, czy ma Gość oponę w moim rozmiarze. Powiedział że tak i że przyjedzie do zakładu mimo że jest już po pracy!
Pojechaliśmy zatem dalej. Ja na mocnym flaku i z duszą na ramieniu. Na szczęście przejechaliśmy te 45 km do Gołdapi do serwisu już bez dodatkowych atrakcji. Gorzej że w słabym tempie i wiedzieliśmy że opcja rozbicia namiotu nad jeziorem Gołdapskim się mocno oddala a zwłaszcza perspektywa, że dojeżdżamy, rozbijamy namiot i idziemy popływać w jeziorze.
Kupiłem oponę, a w międzyczasie Opcio sprawdził pogodę i mówi, że będzie padać i to na tyle szybko, że chyba lepiej będzie znaleźć nocleg pod dachem. Zaczęliśmy dzwonić początkowo bez skutku. W końcu dod,winiłem się do hoteliku w centrum przy placu zwycięstwa (taki rynek). Pani mówi, że ma pokój dla nas dwóch za 140 zł, ale nie ma opcji zrobienia prania…
Gdy doszliśmy do hoteliku, zaraz obok niego zobaczyłem reklamę „apartamenty Smaczek”. Zadzwoniłem, a Pani powiedziała, że ma pokój wolny ale duży za 210 zł z pralką i w ogóle. Podziękowałem i poszedłem do hoteliku. Dzwoni Pani że Smaczka i pyta się mnie, ile jestem skłonny zapłacić. Po negocjacjach ustaliliśmy kwotę 150 zł. Okazało się, że to duży apartament na 4 osoby, w pełni wyposażony, a wysprzątany tak, że można jest z podłogi. Pedantyczna czystość.

Wykąpani i po nastawieniu prania, poszliśmy na pizzę i zakupy obok. Do apartamentu dostaliśmy jeszcze szampana. Mimo tego udało się mi wymienić oponę na nową.
Pełni nadziei że jutro będzie lepiej, położyliśmy się spać.
Ślad naszej trasy z tego dnia jest tutaj.

A w kolejnej relacji opowiem Wam co się dzieje, gdy się nie je i nie pije tyle co się powinno. No i o tym jak nas straszono gradobiciem i co z tego wynikło.
Dziękuję za Waszą uwagę i zapraszam niebawem!
VLQ

Zostaw komentarz