Dzień piąty: Wigry i Biebrza

Wczorajsza ulewa jaka się przetoczyła przez okolice Wigier była nawet większa niż się spodziewaliśmy. Może więc i lepiej, że nie dojechaliśmy wcześniej by rozbić namiot nad jeziorem? Mielibyśmy wszystko mokre. Zatrzymaliśmy się na noc w Starym Folwarku tuż przed Wigrami. Na szczęście wczoraj udało nam się znaleźć ten nocleg pod dachem. Pani właścicielka przybytku może nie była jakaś wybitnie gościnna a i samo miejsce nie było jakieś wybitne, ale jednak się wyspaliśmy. Rano śniadanie i przed 9 w drogę. Na dzisiaj mieliśmy założone, by dojechać do Goniądza.

Ruszyliśmy a już kilka km dalej Opcio sygnalizuje mi, że coś jest nie tak. Mieliśmy przejechać obok klasztoru Kamedułów w Wigrach, a tu nic. Okazuje się, że szlak nie biegnie obok klasztoru. Trzeba do niego sobie specjalnie skręcić. Nieładnie projektancie GreenVelo! My wiemy co straciliśmy! A obcokrajowiec? Skąd on ma wiedzieć gdzie co jest? To właśnie szlak powinien go zaprowadzić do wszystkich atrakcji w okolicy a nie wieść wyjątkowo słabymi drogami pożarowymi przez las! Albo żeby chociaż jakiś widoczny drogowskaz przypomniał, że „warto skręcić tutaj w prawo, żeby zobaczyć atrakcję – klasztor Kamedułów w Wigrach”!

Z założenia o 12 powinniśmy mieć codziennie już 50km na liczniku, by w ciągu dnia wszystko szło dobrze. A tu tymczasem ze względu na kiepską drogę jest o wiele mniej. Cieszyliśmy się z każdego nawet 100m odcinka asfaltu, bo „szutr” przez lasy, wioski i inne tereny tutaj, to tarka Podlaska z bardzo grząskim piaskiem po obu stronach tarki. Jest tylko 10 cm między tarką a piachem gdzie się nie zakopujesz. Jak z tego zjedziesz, to albo Cię terepie, że dłonie mdleją na tarce, albo zakopujesz się w piasku na pół koła i „game over”.
Odcinków tej tarki dzisiaj było grubo ponad 60 % na całej trasie z Wigier do Doliny Biebrzy. A do Augustowa to nawet 95%. Nie żebym strasznie narzekał, tylko informuję kolejnych którzy w to chcąc – nie chcąc wpadną…

Tereny Wigierskiego Parku Narodowego i okolic Augustowa mocno przypadły do gustu Opciowi. Ze względu na infrastrukturę turystyczną, Czarną Hańczę którą przejeżdżaliśmy kilka razy a na której są organizowane spływy kajakowe. Jest też sporo domków agroturystycznych i miejsc z jedzeniem. To wszystko w terenie mocno zalesionym z rzeczką Czarna Hańcza, która sprawia bardzo miłe wrażenie.

Po drodze zatrzymaliśmy się na krótki postój w Mikaszówce. Ponieważ ławeczki były obok drewnianego kościoła, to usiedliśmy właśnie tam. W otoczeniu kościoła w Mikaszówce widoczne są rzeźby upamiętniające „Obławę Augustowską” z lipca 1945 roku. Chodzi o wydarzenia, które nazywane są potocznie „Małym Katyniem”. W lasach puszczy augustowskiej rozciągających się poza nowe (w 1945 roku) granice młodej Polski, bo ciągnące się również na terenie litewskim, ukrywali się działacze Armii Krajowej. AK nie godziła się na przejęcie w nowoutworzonej Polsce władzy przez komunistów, działających, ich zdaniem, w sposób sterowany przez Moskwę. Część Armii Krajowej się rozwiązała i zdemilitaryzowała, a pozostała część jako Armia Krajowa Obywatelska nadal działała w lasach i broniła ludności przed wracającymi wojskami sowieckimi w okolicznych wioskach. AK-owcy starali się również przechwytywać łupy jakie wywozili na wschód krasnoarmiejcy. Nie było to akceptowane przez komunistów i dlatego postanowiono sprawę rozwiązać w sposób siłowy przy zmobilizowaniu 45000 żołnierzy Armii Czerwonej. Mordowano bez sądów jak leci starców, dzieci, kobiety za samo podejrzenie udziału w AK. Tak jest to przedstawiane teraz. We wcześniejszych latach całą tą historię trzymano w tajemnicy. Jaka jest prawda historyczna? Taka obiektywna? Myślę, że nawet świadkowie tych wydarzeń mieliby różny obraz. Faktem jednak jest, że ludzie ginęli…

Tymczasem my odpoczywaliśmy nieco na ławeczkach jakieś 50m od drewnianego kościółka. Jedliśmy kanapki, popijaliśmy napojami. W międzyczasie schodzili się ludzie na niedzielną sumę. Ciekawie to wyglądało w dobie pandemii. Okazuje się, że zamiast wejść do środka kościoła, sporo ludzi siada na ławeczkach przed kościołem. Normalnie robiliby to dopiero gdyby zabrakło miejsc w środku. A teraz – przychodzą ludzie w maskach, niektórzy z własnymi składanymi krzesełkami. I przyszły takie dwie panie i siadły jeszcze dalej niż my siedzieliśmy i jedli przy rowerach na ławeczce. W czasie gdy jedliśmy, zaczęła się msza. Niewiele było słychać w tej odległości. Tylko gdy organista mocniej uderzał w klawisze i zaczął zawodzić. Księdza nie było słychać niemal wcale. No i siedzą ludziska – niby na mszy – a jakby jednak w niej nie uczestniczyli. Obok nas chłop wyciągnął papierosa i zapalił. Gdy wszyscy nagle przyklękli – on też padł na kolana raz po raz papierosa pociągając. Zebraliśmy się i pojechali dalej. Kiepskie to chrześcijaństwo w dobie pandemii, a może nawet pandemia nie ma na to wpływu? Kiepsko to wygląda jednak, zwłaszcza gdy widzę z jakim oddaniem modlą się muzułmanie, buddyści, chrześcijanie są rażąco w tym względzie niedbali i wyjątkowo nonszalanccy. Ale czy powinienem się dziwić, widząc z jaką niedbałością i nonszalancją podchodzą do rytuałów kapłani?

Jadąc lasami w okolicach Augustowa można gdzieniegdzie spotkać wioski. I widać w tych wioskach działalność robioną pod turystów. Zatrzymaliśmy się w jednym takim miejscu, widząc sklepik czynny pomimo niedzieli. W sklepiku tym były wyłącznie produkty schodzące w sezonie turystycznym i kupowane przez turystów właśnie. Nic ponad to. O tym dowiedziałem się, gdy usiadłem obok sklepiku wypić oranżadę na ławeczce koło brodatego starszego jegomościa. Opowiedział mi historię człowieka, który całe życie zawodowo pracował w lesie i który po upadku komunizmu nie bardzo sobie radził. Zresztą podobnie jak inni. No i właśnie ta turystyka w tych okolicach daje jedyne możliwości zarobku. Pozostali powyjeżdżali za granicę, zwłaszcza młodzi. A ten sklepik, to czynny jest tylko kilka miesięcy w roku. W tym roku jest jeszcze gorzej, bo wiadomo – pandemia. Oczywiście starzec nie za darmo opowieści snuł, bo na koniec bez krępacji spytał o „kasę na piwko jakieś”. W tym czasie Opcio po drugiej stronie ulicy namierzył „Jagodzianki u Anki”. Reklama na bramie razem z kwotą 2,50zł. Jak powiedział, ze względu na epidemię, to teraz nawet jagodzianki są wydawane ze szczególną ostrożnością. Trzeba podejść do okna w drewnianej chacie i tam za firanką ktoś pyta: „Ile?” Po tym podana jest kwota płatności, trzeba tę kwotę położyć na parapecie i parę minut później niewidoczna zza firanki postać wystawia rękę z jagodziankami w woreczku. Można odejsć… A jagodzianki wyjątkowe i pyszne. Te jagodzianki bowiem są nadzianym (a jakże!) jagodami dużym pierogiem usmażonym na głębokim oleju! Nie jest to drożdżówka z nadzieniem jagodowym. Gorące, ale bardzo smaczne.

Im bliżej Augustowa, tym więcej kanałów i śluz na nich. Sam Augustów szlak Green Velo omija (można do niego dojechać „wycieczką”). A ponieważ obaj już widzieliśmy to miasto i gonił nas czas i pogoda, to pojechaliśmy z ominięciem go. Prognoza pogody pokazywała że front niosący deszcz i burzę przesuwał się w taki sposób, że jeśli dojedziemy do Białobrzegów przed 13 to jest szansa, że nas nie zmoczy.

Na szczęście się udało mimo, że dojechaliśmy do restauracji „Stary Młyn” w Białobrzegach później niż zakładaliśmy. Zamówiliśmy jedzenie i na szczęście nie musieliśmy czekać na nie godzinę czasu jak inni ludzie. Ładnie Panią poprosiłem mówiąc ile to jeszcze kilometrów przed nami, no i poza tym kilka osób zrezygnowało z zamówienia z powodu długiego oczekiwania… Jedzenie jednak było niezłe.

Ponieważ dalej szło nam jakoś lepiej, to chłonęliśmy widoki Biebrzańskiego Parku Narodowego a nie skupialiśmy się wyłącznie na jeździe i na samej drodze przed nami. Suszy już nie ma, śladów po głośnym medialnie niedawnym pożarze tych terenów Parku też. Za to widoki płaskiego bagiennego terenu poprzecinanego kanałami i Biebrzą którą spływają turyści tratwami- przednie. Zwłaszcza w chylącym się ku zachodowi Słońcu. I nie był nam w stanie tego zepsuć nawet tarkowo-piaszczysty szlak!

Z Doliny Biebrzy wylatuje się na Dolistowo i stamtąd jechaliśmy do Goniądza, który jest większą miejscowością w okolicy. Co chwilę widać szyld, że pokoje do wynajęcia, agroturystyka, że pole namiotowe. Jeśli więc ktoś z Was lubi bliskość przyrody, obserwowanie ptaków, to miejsce do spania w tym rejonie znajdzie z pewnością.

My natomiast bardzo się ucieszyliśmy, gdy jadąc na pole namiotowe po drodze znaleźliśmy otwarty sklep. W niedzielę i to niehandlową! O 18:50! Kupiliśmy jedzenie i dojechaliśmy na miejsce. Rozbicie namiotu poszło sprawnie, później jeszcze tylko kolacja, czyli makaron z sosem i mozzarellą, dużo napojów, rozmowy do późna z innymi obozowiczami aż w końcu obaj uruchomiliśmy „tartaki”. To ja nie dawałem Opciowi spać, to znowu on mnie budził. Chrapaliśmy na zmianę, aż w końcu obaj padliśmy.

Tutaj jest ślad ze Stravy z dzisiejszego odcinka. Wyszło 126km a od startu w Elblągu 575km.

A w kolejnej relacji będziemy jechać przez Białystok do Supraśla. Jesteśmy już na Podlasiu! Hurra!

VLQ

Zostaw komentarz