Wyjazd na Vieques był trochę inny, bo to nie był wypad jednodniowy, a na dwa dni, więc oprócz plecaków, wzięliśmy jeszcze dwie małe walizki. Podobnie jak poprzednio, z naszego domku w Luquillo na wschodnim wybrzeżu pojechaliśmy naszą szarą strzałą do Ceibe, tam wysadziłem dziewczyny w porcie a sam podjechałem na parking. Opłata za 2 dni, to 30$. Bus dowiózł mnie do portu i po jakiejś pół godzinie wsiedliśmy na pokład dużego promu. Do Vieques płynie się szybciej niż na mniejszą Culebrę.
Gdy wysiedliśmy z promu musieliśmy podejść 10 minut pod górkę do stadniny koni „Colon”. Okazało się, że poza końmi w tym „rancho” były też inne zwierzęta. Kozy, kaczki, kury, koguty, psy, koty. Podczas gdy Pati z Jagodą pojechały na przejażdżkę konną, my z Grażyną poszliśmy pozwiedzać miasteczko i napić się kawy.



Pierwsze wrażenia z Vieques były takie, że było tu skromniej niż na dużej wyspie. Domy, obejścia, samochody – wszystko było biedniejsze. Sporo było też pustostanów, zamkniętych lokali, restauracji. Niektóre samochody widać, że stoją nieużywane od ponad roku – czasami z uchylonymi szybami. Ale podobnie jak na dużej wyspie – wszędzie chodzą sobie wolno kury i koguty piejące o każdej porze – nie tylko z rana. Wszyscy mówią po hiszpańsku ale już nie wszyscy mówią po angielsku. Zwłaszcza starsi mają problem z angielskim. Młodzi, praktycznie wszyscy lepiej lub gorzej, ale mówią po angielsku. Tutaj na wyspie widać jest pewne różnice w stosunku do dużej wyspy – jeśli chodzi o infrastrukturę. O wiele więcej jest anten do dostępu do Internetu – głównie rozwiązania Ubiquity i co widać po antenach, są to anteny mające co najwyżej kilka lat (pewnie po tym czasie je operatorzy wymieniają). Kable i słupy na których są one podwieszone są w o wiele gorszym stanie niż na dużej wyspie. Paneli fotowoltaicznych też jest mniej. Ponoć w dużej mierze to wynik katastrofalnych zniszczeń po dwóch huraganach – Maria, która uderzyła w 2018 roku i Fiona z 2022 roku. Towarzystwa ubezpieczeniowe ponoć nie wypłaciły środków wszystkim i podobno sporo ludzi nie dostało do dziś pieniędzy obecanych przez rząd na naprawę skutków tych kataklizmów. To zblokowało tym osobom możliwość odbudowania swoich domów, biznesów. Nie miałem jednak okazji spotkać takiej osoby, by mi o tym opowiedziała, więc pewności 100% nie mam.







Usiedliśmy z Grażyną w Mama Mia jakieś 20 minut od Rancho i oprócz imnych napoi wzięliśmy Mozzarella Sticks – które się okazały być jednymi z najsmaczniejszych, jakie kiedykolwiek jadłem! Gdy dziewczyny wróciły z koni, mieliśmy jeszcze trochę czasu, bo wypożyczenie auta było umówione na 14. Poszliśmy więc na plażę obok portu. Po drodze spotkaliśmy dzikie konie, które jadły mango i piły wodę. Jeden z właścicieli domów miał drzewo mango, z którego spadały owoce i pewnie on sam nie był w stanie ich wszystkich zjeść, więc pozbierał te spadłe owoce do wiaderka, do drugiego nalał wody i dał to koniom. Te przeciskając zębami owoce do asfaltu wyjadały słodką soczystą zawartość i zostawiały tylko „włochatą” pestkę na ziemi.



Gdy doszliśmy do plaży Sea Glass Beach, przeczekać nieco w cieniu palm, niedługo później pojawiły się na niej również i te dzikie konie. Dwa źrebaki bawiły się gryząc się w szyje, a rodzice schowali się w cieniu palm. Zrobiliśmy sobie z nimi zdjęcia, a konie położyły się leniwie na piasku.








Ponieważ zgłodnieliśmy, to czekając na umówioną godzinę gdy mieliśmy pożyczyć auto i ruszyć dalej, usiedliśmy w knajpce obok portu. „El Yate” się kanjpka nazywała. Zamówiliśmy co kto chciał. Ja wziąłem Arepę, która kojarzy mi się bardziej z Wenezuelą w której Bartek z „Bez Planu” właśnie tym przysmakiem się zajadał. Było to całkiem smaczne.





Ja myślałem, że z wypożyczalni przywiozą nam auto pod port, a okazało się, że pod port przyjeżdża bus z UTV – wypożyczalni samochodów i wózków golfowych i zabiera do swojej siedziby. Musiałem pojechać z Grażyną, bo na nią była umowa, a ja jestem kierowcą. Dlaczego nie mogłem ja wziąć umowy na siebie? Z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że jakkolwiek w Europie w wypożyczalniach akceptują już inne karty niż kredytowe, tak w USA i jak się okazało i w Puerto Rico, nadal wymagane są karty kredytowe. Ja nie używam kart kredytowych, bo nie mam takich potrzeb. Drugi powód jest taki, że nie dość, że karta kredytowa, to musi ona być z amerykańkiego banku, bo tylko wówczas jest ubezpieczenie OC. Chodzi o to, że każdy posiadacz karty kredytowej wydanej przez amerykański bank ma już takie ubezpieczenie. Jeśli więc bym się uparł, to pewnie dałbym radę wypożyczyć auto w Portoryko, ale wiązałoby się to z o wiele większymi kosztami (ubezpieczenie dodatkowe) oraz depozytami (większa kwota blokowana na 16 dni z rachunku). Gotówką nie wszystko da się załatwić, więc dlatego lepiej nam było zrobić umowę na Grażynę i mnie jako kierowcę, bo Grazyna nie ma prawa jazdy.
Dojechaliśmy do wypożyczalni UTV. Tam w małym klimatyzowanym pomieszczeniu czas płynął znacznie wolniej niz na zewnątrz. Koło 10 interesantów i dwie osoby ich obsługujące. Energiczna „latina” i flegmatyczny misiek „latino chico” na oko dwudziestoparoletni. Po prawie godzinie nieśpiesznego spisywania umów i wydawania głównie wózków golfowych, trafiliśmy do „miśka”. Zrobił nieczytelną kopię naszych dokumentów tożsamości i pobrał opłaty z karty Grażyny. Dodał informację, że zwrócą depozyt 500$ w ciągu 16 dni od zwrotu auta i poszliśmy do samochodu. Ford Bronco, czyli kopia Jeep Rubicon moim zdaniem. Auto miało wyraźne ślady użytkowania, ale nie było to problemem. Większy dostrzegłem gdy siadłem za kierownicą. 7 błędów i poziom paliwa nieznacznie powyżej połowy. Poprosiłem o zmianę samochodu. Nie ma opcji. Spytałem o błędy, z których wynika że nie działają żadne systemy kontroli trakcji, napęd na 4 koła i jeszcze coś oraz niepełny bak. Wszystko nagrywałem GoPro i pytałem, jak mam im zwrócić z taką ilością paliwa, skoro nie widać jaka jest jego ilość, bo nie jest zatankowane do pełna? A „misiek” flegmatycznie, że relax, że to nie problem, że nie muszę mu tankować auta, a dam mu „tylko” 25$ i będzie ok. Tyle tylko że ja już tankowałem do pełna szarą strzałę za 37$, a tego forda oddaje jutro, więc nijak się to ma do zużycia paliwa jakie faktycznie wyjdzie, bo w jeden dzień zużyję niewiele. Zapisaliśmy w protokole ile paliwa jest i pojechaliśmy, bo szkoda nam było dnia na przeciąganie się z flegmatykiem.


Zgarnęliśmy Pati i Jagodę pod portem i pojechaliśmy do „The Vieques Guesthouse” czyli pokoju w hostelu jaki wynajęliśmy na dzisiejszą noc w części wyspy nazywanej Esperanza. Po drodze co chwilę widzieliśmy dzikie wolno pasące się konie. Odświeżyliśmy się nieco, odpoczęliśmy i poszliśmy na pobliską plażę Esperanza zobaczyć zachód słońca i popstrykac trochę zdjęć. A warto było, bo sceneria wspaniała i huśtawki ktoś założył na palmach głębiej wychodzacych z plaży w kierunku oceanu.









Na 19 poszliśmy w ciuchach które mogły się zmoczyć pod hotel El Blok stojący na drugim końcu Esperanzy. Tam mieliśmy umówiony transport busem z firmy „Black Beard” na pływanie kajakami w Bio Bay. Bus trochę się spóźniał, więc zaczęliśmy się trochę niecierpliwić. Zwłaszcza że nie było innych osób z Czarnobrodego a raczej z innych firm. Myśleliśmy że o nas zapomnieli, bo rezerwację zrobiliśmy kilka miesięcy wcześniej. Na szczęście w końcu przyjechał nasz bus. Do środka zaprosił nas kierowca, jedna z największych gaduł jakie widziałem w życiu! Gadał i gadał. Zadawał sobie pytania, odpowiadał, kłócił się ze sobą i uspokajał. Trajkotał jak nakręcony. Ale dowiózł nas piaszczystymi wertepami w jakąś ciemną głuszę. Tam przyjęły nas dwie amerykanki jak mniemam po wyglądzie i akcencie. Dały nam po kapoku i wiośle. Ja wylądowałem w kajaku z Grażyną.
Było ciemno. Nasze dwie przewodniczki miały czołówki, ale tylko jedna z nich używała czerwonego słabego światła i to ona płynęła na supie na przedzie. Druga z nich była do pomocy i asekuracji, więc większość czasu pływała na swoim supie na tyle, albo gdzieś w pobliżu naszej chyba 10-osobowej grupy. Płynęliśmy nieśpiesznie na środek tej zatoki otoczonej z trzech stron. O co chodzi z tym całym „bio Bay”? Ano o to, że płyniesz kajakiem, a woda pod tobą jarzy się fluorescencyjnym seledynowym blaskiem. Na stronie internetowej i ulotkach wyglądało to spektakularnie. Nie dziwiło nas zatem że do oglądania świecącej się wody, kajak powinien mieć przeszklone albo chociaż przezroczyste dno. Nasze kajaki miały. Niestety, światło księżyca było silne i jakoś tak ten cały efekt jarAcej się wody pod wpływem wprawiania jej w ruch wiosłem czy ręką nie był na żywo aż tak spektakularny. Najgorsze jest to, że przewodniczka mówiła bardzo bardzo szybko po angielsku i w połączeniu z odległością i zmrokiem w którym nie.moglem wodzie jej ust, mój uszkodzony słuch spowodował, że nie zrozumiałem zbyt wiele z tej wycieczki. Później dziewczyny streściły mi to. No więc, co powoduje że w pewnych określonych warunkach, w określonych miejscach pod wpływem wprawiania wody w ruch, ta zaczyna się świecić w nocy? Żyjątka morskie, które wciąż nie zostały w dobrym stopniu zbadane. To plankton, który żyje bardzo krótko (przez co trudno go dokładniej zbadać). To właśnie ten plankton w określonych warunkach wskutek stresu wywołanego nagłą zmianą pozycji w wodzie, zaczyna jarzyć się fluororescencyjnym światłem. Tak więc przy ruchu wiosłem, albo gdy zanurzymy rękę i nią w wodzie machamy, woda zaczyna nam świecić.
Czy jednak było warto wybrać się na bio bay? Zdania są podzielone. Pati z Jagodą były tym zachwycone, bo dużo się dowiedziały nie tylko na temat tego świecącego planktonu, ale przewodniczka też opowiadała o konstelacjach gwiazd itp. Ja z Grażyną z racji tego, że słabo słyszeliśmy przewodniczkę, a ja dodatkowo miałem problem ze zrozumieniem trajkoczącej ze świetlną prędkością laski, zanim przyswoiłem (z opóźnieniem) pierwsze zdanie, to ta właśnie kończyła trzecie o czymś zupełnie innym. Jeśli chodzi zaś o efekty wizualne, to nie były tak spektakularne jak na folderach. Trzeba jednak oddać, że samo zagadnienie świecącego planktonu we wodzie i możliwość zobaczenia tego na własne oczy, było spoko!
Gdy wróciliśmy z naszym szalonym kierowcą – gadułą po przebraniu się w suche rzeczy, poszliśmy jeszcze na kolację i drinki do baru „Lazy Jack’s”. Zjedliśmy tam kolację – ja oczywiście burgera (który był niezły, ale bez szału) i popiliśmy drinkami z lokalnym rumem.







Gdy obudziliśmy się rano i wyjrzałem przez okno, ciemne chmury groziły nam, że znów może padać. Mieliśmy jednak plan na dzisiejszy dzień, więc spakowaliśmy się, poszliśmy na dół naszego hostelu zamówić śniadanie. Powiem Wam, że śniadania tutaj, to coś pysznego! Ja wziąłem pancakes z borówkami, Jagoda wzięła pancakes z czekoladowymi płatkami i syropem klonowym, a Grażyna jajecznicę z szynką i racuchami. Jakie to było dobre!







Po śniadaniu, obejrzeliśmy w patio hostelu taką tubę, gdzie pokazane są różnice pomiędzy piaskiem na poszczególnych plażach Vieques i ruszyliśmy na plażę „Black Sand Beach” czyli plażę z czarnym piaskiem. Żeby tam się dostać, trzeba dość długo iść wąwozem porośniętym po bokach bujną roślinnością. Gdy w końcu docieramy do plaży widać jest w jej niektórych częściach albo nalot takiego grafitowego piasku albo wręcz całe pokłady tego drobnego grafitowego niemal czarnego piasku o właściwościach magnetycznych. To właśnie temu”piaskowi” plaża zawdzięcza swoją nazwę. Ponieważ trochę wiało,a my niezbyt mieliśmy ochotę na pływanie, to poszliśmy spowrotem do auta tym wąwozem. Nagle Pati krzyczy do mnie że coś się rusza. Przyglądamy się, a tu małe kraby w muszlach uciekają byle dalej od ścieżki po której chodzą „człowieki”. Jeden krab nie miał swojej muszli, to wcisnął się w zatyczkę od długopisa.



Pojechaliśmy dalej. Nasz terenowy (poniekąd) Ford Bronco miał system android auto, więc bezproblemowo sparował się z telefonem i dzięki temu mogliśmy puścić sobie muzykę ze Spotify na głośnikach auta i nawigację na dużym wyświetlaczu samochodu. Poszło 100 największych latynoskich hitów. Weszliśmy w klimat i podrygując i drąc się „Livin’ La Vida loca” dojechaliśmy w rejony wczorajszej Bio Bay.

Dojechaliśmy do Caracas Beach. Na parkingu sporo aut zaparkowanych, więc jak się potwierdziło na plaży, wszystkie miejsca w cieniu palm były zajęte. Pod jedną sporą palmą po prawej jednak leżała tylko parka. Spytalismy, czy możemy po drugiej stronie palmy się położyć. Oczywiście nie było problemu! Nasmarowani kremem 50 poszliśmy do wody. Woda wspaniała! Ciepła, komfortowa, delikatne fale, lazurowy kolornwodybprzy brzegu, piaszczysta plaża. Wspaniale! Za drugim razem jak poszedłem po opalaniu na słońcu do wody, wziąłem fajkę i maskę, by coś pooglądać pod wodą, bo widziałem, że rafa jest po zewnętrznej stronie plaży. Plaża bowiem wygląda jak litera U. Pośrodku piaszczysta a na bokach, zwłaszcza przy jej końcach skalista i do skał dotyka rafa koralowa która zaczyna się w głębi wody jakby pomiędzy końcówkami tej litery U które tworzą plażę Caracas (tak! Jak stolica Wenezueli).


Po relaksie na tej plaży ruszyliśmy naszym dzikim koniem (Bronco czyli dziki koń, dlatego na kierownicy naszego Forda jest logo wierzgającego konia) na kolejną plażę. Pojechaliśmy na mniej popularną, ale chwaloną przez przewodników plażę Media Luna. Dojeżdżając nie widzieliśmy żadnych samochodów zaparkowanych. Postawiliśmy więc naszego Forda w cieniu i ruszyliśmy na podbój kolejnej plaży. Wchodzimy, widzimy plażę podobną do Caracas, ale nieco mniejszą i nieco więcej wysuniętych glonów na jej brzegów. Sprawia to wrażenie jakby plaża była brudna, a to nie jest prawda! Ale najważniejsze było to, że byliśmy na tej plaży absolutnie sami! Nie było nikogo! Cisza, tylko szum fal, słońce nieco schowało się za obłokiem, więc nie smażyło tak niemiłosiernie i my sami w tych pięknych okolicznościach przyrody!


Nacieszyliśmy się tą intymnością i spokojem. Gdy słońce schowało się za chmurami, zorientowaliśmy się, że już czas ruszyć dalej. Przejechaliśmy tylko przez Sun Bay Beach, bo raz, że nie bardzo było gdzie postawić auto, dwa że naprawdę dużo ludzi było, a trzy że chcieliśmy bez stresu dojechać, wypakować się, oddać auto i może jeszcze coś zjeść. Mijaliśmy dziko pasące się przy drodze stada dzikich koni, co chwilę jakiś kogut, innym razem kura ryzykowała że będzie rozjechana i stanie się rosołem. Te zwierzaki wszędzie łażą inza nic sobie mają drogę, samochody po niej jadące, czy też obecnos ludzi. Dowiozłem więc Dziewczyny pod prom by w cieniu poczekamy z naszymi bagażami, a ja z Grażyną pojehalem oddać auto. Tym razem z nastawieniem totalnego luzu, zatankowałem dokładnie tyle paliwa ile wedlug moich obliczeń zużyłem. Problemem w tych obliczeniach było to, że w komputerze Forda podane było zużycie paliwa w galonach na mile. Tymczasem w dystrybutorach na wyspie Vieques podobnie jak na dużej wyspie Puerto Rico tankowania ilość paliwa podawana jest w litrach a nie galonach jak w USA. Druga ciekawostka, to że tutaj do większości aut tankuje się paliwo „REGULAR”, które ma nie mniej niż 87 oktanów. Droższe paliwo Special ma nie mniej niż 91 oktanów. U nas są paliwa 95 i 98 oktanowe.



Auto oddałem bez żadnych problemów. W protokole wpisane byle, że paliwo się zgadza, auto nie ma nowych uszkodzeń. Teraz pozostaje poczekać te 16 dni na zwrot kaucji. Pod prom odwiózł nas bus wypożyczalni. Nie byliśmy głodni, więc wziąłem tylko takiego szejka slushy z mango. Duży prom sprawnie odwizol nas na dużą wyspę bez zbytniego kołysania. A w drodze powrotnej wstąpiliśmy z trasy do doskonałej knajpki z meksykańskim jedzeniem, ale to już osobna historia, którą Wam opiszę w kolejnej relacji!

