Hostel w którym się zatrzymałem w Barcelonie nie był tak piękny i nowoczesny jak ten w Turynie. Mimo to miał wszystko co potrzeba. W piwnicy stał mój Niebieski Wilk w pokoju „Chillout Room” ze stołem bilardowym pośrodku i sofami oraz szachami i grami planszowymi. Na parterze oprócz recepcji była duża kuchnia z czterema stołami. Oprócz w pełni wyposażonego miejsca do przygotowywania posiłków (sztućce, talerze, szklanki, kubki, garnki i patelnie) była też duża lodówka. Zasady jasno opisane na ścianach. Jeśli nie podpiszesz swojego jedzenia z datą upuszczenia hostelu, jedzenie może być zjedzone przez każdego. Była też półka z jedzeniem, które każdy mógł wykorzystać. Po prostu nie zawsze całe jedzenie się bierze ze sobą. Taki „no waste”. Kolejne trzy piętra, to były pokoje od dormitoriów (czyli pokoje wieloosobowe, gdzie każde łóżko ma swój numer, szafkę i półeczkę nad łóżkiem, by móc naładować swoją elektronikę), po pokoje droższe dwuosobowe. Na dachu zaś były sofy i grill – można było tam się pointegrować. Generalnie za tak niewielkie pieniądze miejsce to spełniło moje oczekiwania w 100%!
Zrobiłem zakupy żywnościowe w sklepiku zaraz obok hostelu. Na śniadanie dzisiaj typowo hiszpańskie sandwiche (wiem, brzmi to absurdalnie, ale serio, w barach na śniadania są głównie sandwiche). Kupiłem hiszpańską wędlinę – takie salami (salchicon) i pyszny hiszpański ser zółty Manchego. Co ciekawe, można kupić taki trójkąt tego sera, który już jest pocięty na 5 mm plastry w opakowaniu próżniowym. Do tego pomidory i arbuz oraz jogurt.
Najedzony mogłem ruszyć na podbój stolicy Katalonii!
Jako pierwsze miejsce wybrałem najbardziej rozpoznawalną budowlę, czyli Sagrada Famiglia. Żeby się tam dostać, kupiłem bilet na metro. 10 przejazdów kosztowało mnie 11 EUR. Nie wiedziałem ile przejazdów zrobię, więc nie kupowałem pojedynczych biletów, a dziennego nie było. Był tylko 48-godzinny, którego nie potrzebowałem. Dzięki nawigacji google, wiedziałem dokładnie jaką linią z jakiego przystanku i gdzie mam jechać, żeby tam trafić. Jakież to ułatwienie! Gdy doszedłem do Sagrada Famiglia, turystów był tłum. Naprawdę dużo ludzi. Wszyscy w maskach. Bo musicie wiedzieć, że po ulicach Barcelony zdecydowana większość chodzi w maskach. W metro jest to wymagane i w każdym zamkniętym pomieszczeniu typu sklep, czy bar. Ale jak się dowiedziałem w recepcji, nie ma obowiązku chodzenia po chodnikach czy trotuarach w maskach. Ci jednak, którzy chodzili „na polu” bez maski, zawsze mieli maskę założoną na rękę. A że nie wiedziałem na pewno, jakie są przepisy, które zresztą podobnie jak u nas w Polsce zmieniają się często, obawiałem się dostać mandat na 200 EUR (a podobno takie w Hiszpanii są). Gdy zobaczyłem jak wielka jest kolejka do wejścia do środka Sagrada Famigli, zrezygnowałem z pomysłu obejrzenia jej w środku. Zostawiłem sobie to na czas, gdy przyjadę tutaj z Patką i Jagodą. Wolałem ruszyć dalej i zobaczyć tak dużo jak się da.


Sagrada Famiglia, to imponujący swoim rozmachem budynek bazyliki, który nadal jest nieskończony. Budowa rozpoczęła się w 1882 roku a od 1883 pieczę nad jej wyglądem i projektem przejął Antoni Gaudi. Nie zajmował się on wyłącznie tą budową. Równolegle budował również wiele innych tak charakterystycznych budynków w Barcelonie. Jego styl jest niepowtarzalny. Dlatego bazylika początkowo neogotycka nabrała wyjątkowego wyglądu i jest obecnie bodaj najbardziej rozpoznawalnym miejscem w stolicy Katalonii. Gaudi zmarł w 1926 roku i od tamtej pory budowę kontynuował jego uczeń. Na przestrzeni lat budowa postępowała wolniej i szybciej w zależności od sytuacji (wojna domowa, wojny światowe…) W ostatnich dwóch latach jednak budowa przyśpieszyła. Jest więc szansa, że jeszcze za mojego życia będę mógł zwiedzić tą bazylikę ukończoną!
Skoczyłem kupić suwenir dla Córci i skierowałem się do Casa de les Punxes. Ciekawy budynek w modernistycznym stylu z 1905 roku.


W Barcelonie co rusz są ładne kamienice i budynki. Pomiędzy nimi główne aleje są zaprojektowane takie szerokie, że jest oddech – przestrzeń pomiędzy nimi. Od kamienic po jednej stronie mamy szeroki chodnik, później dwa pasy dla samochodów w jednym kierunku, środkiem pasaż dla pieszych, rowerzystów (których najwięcej jest tutaj elektrycznych), elektrycznych hulajnóg, których tutaj jest naprawdę dużo. W pasażu jest bardzo dużo drzew, ławek i ciekawie wyglądające latarnie. Po drugiej stronie do przeciwległego rzędu kamienic mamy znów drogę dla samochodów z dwóch pasów ale w drugim kierunku i szeroki chodnik. Na parterze kamienic są niemal zawsze punkty usługowe, sklepiki, bary i restauracje. Ten schemat zabudowy był powielany niemal wszędzie gdzie się poruszałem. Mogłem więc w zależności od tego, skąd grzało słońce, iść pasażem lub odpowiednią stroną chodnika, by schronić się w cieniu.





Tak dotarłem do Casa Batllo, czyli fantazyjnej kamienicy o falistej fasadzie autorstwa Gaudiego. Jej dach pokryty jest dachówkami wyglądem przypominającym smocze łuski. Styl Gaudiego jest niepowtarzalny. Nie mamy tutaj kwadratów, geometrycznych regularnych kształtów lecz raczej bardziej zbliżone do naturalnych kształtów symetryczne ale nieregularności, obłości, wypukłości. Od linijki i ekierki raczej nie dałoby się tego zmajstrować! Piękność! A tuż obok stoi Casa Amatler w pięknie zdobionym neobarokowym stylu. Sprawia wrażenie, jakby miała kilkaset dobry lat. Przepięknie zdobiona elewacja i te detale na balkonach, płaskorzeźby! Cudo!




Zjadłem całkiem niezłe lody w Planelles Donat, choć lepsze ostatnio jadłem w Chorwacji… Minąłem Placa de Catalunya aż dotarłem do Katedry św. Eulalii. To już dzielnica gotycka. Mogłem się pokręcić trochę w mrocznych zakamarkach i wąskich uliczkach. Poczuć trochę więcej historii, tej starej niż we wcześniej odwiedzonych miejscach Barcelony. Sant Felip Neri plac był właśnie takim miejscem. To tutaj spadła bomba w trakcie wojny domowej w Hiszpanii.




Dalej trafiłem do XIV-wiecznego kościoła Santa Maria del Mar. Stary gotycki kościół z pięknymi strzelistymi kolumnami podobnymi do tych w Sagrada Famiglia.


Moją uwagę zwrócił jednak sposób budowy tych starych niższych niż wcześniej widzianych przeze mnie kamienic. Podstawę stanowiły kamienne filary, na których położony był drewniany szkielet. I od tego szkieletu kamienica rozrastały się na boki, jakby chciały stropem zrobić zadaszenie nad ulicą i wejściem do nich. Wyraźnie widać jednak, jak stare jest drzewo stanowiące ten szkielet…


W tym wszystkim włączyło się moje zawodowe zboczenie, czyli jako operator telekomunikacyjny robiący światłowody i „internety” widzę kable, których normalny człek niedostrzega. W Polsce robi się wszystko, by żadne kable nie były puszczane po elewacji budynków. Kable mogą być w piwnicach, klatkach schodowych, strychach, ale nie na zewnątrz. To powoduje sporo problemów. Tu w Barcelonie nikt się jak widzę nie szczypie. Widać jest wyraźnie, że kilku operatorów telekomunikacyjnych puszcza kable w jednej wiązce do poszczególnych mieszkań ale na zewnątrz budynków! Kable są przypinane do elewacji. Zrobione jest to bardziej lub mniej estetycznie, ale na zewnątrz. Podobną politykę stosuje się w Wenecji. Może nie wygląda to tak paskudnie jak w Tajlandii, gdzie na słupach wisi plątanina kabli, a jak coś się zepsuje, to nikt nie traci czasu na szukanie uszkodzonego kabla, tylko zakłada nowy i ma działać! Mimo to, zastanawia mnie, jakim cudem konserwator zabytków zgodził się na takie coś na tak starych kamienno – drewnianych budynkach?


Doszedłem w końcu do wybrzeża i portu. Idąc nabrzeżem mój wzrok przyciągnął okazały budynek na szczycie którego łopotała dumnie ogromna flaga Hiszpanii. To Capitania General de Barcelona, czyli Centrum dowodzenia generalnego Wojska Hiszpańskiego. Historia budynk sięga XIII wieku, gdy był tu klasztor a w XIX wieku budynek przekazany został wojsku. Wcześniej były tutaj koszary. Jeśli przyjrzycie się dokładniej zdjęciu, to po prawej stronie portyku, obok flagi widać jest posąg, który zwieńcza wieżę stojącego za tym budynkiem bazyliki La Merce. Posąg ten przedstawia patronkę miasta Barcelona.
Gdy obróciłem się w lewo patrząc na Capitania General de Barcelona, zobaczyłem w oddali wielką kolumnę na której szczycie stał posąg człowieka wskazującego ręką gdzieś w dal – w kierunku zachodnim. Domyśliłem się już, kogo ten posąg przedstawia! Tak! To Krzysztof Kolumb. Pomnik Krzysztofa Kolumba w Barcelonie znajduje się na środku Placa Portal de la Pau obok Port Vell (Stary Port) i tutaj rozpoczyna się lub kończy najsłynniejszy deptak w Barcelonie, La Rambla. Obiekt został wzniesiony z okazji Wystawy Światowej, która odbyła się w stolicy Katalonii w 1888 roku. Zabytek ma upamiętniać miejsce powrotu Krzysztofa Kolumba z jego pierwszej wyprawy do Indii Zachodnich, która to jak wszyscy wiemy skończyła się odkryciem Nowego Świata – Ameryki. A że nadal trwają spory na temat pochodzenia Kolumba, to Hiszpanie uważają, że był Hiszpanem, zaś Włosi podnoszą, że pochodził z rodziny mieszkającej w Genui i ponoć tam się urodził, czyli Włoch! Jest nadzieja że spory zakończy badanie DNA…




La Rambla, czyli nabrzeżny deptak nie krył zbyt wielu atrakcji czy zabytków, posiedziałem więc trochę przy remontowanym budynku Starego Portu a że byłem już głodny, wróciłem do „mojej dzielnicy” by spróbować jakiejś oryginalnej kuchni. Nie znalazłem bowiem po drodze żadnego miejsca z wolnym stolikiem, gdzie mógłbym spróbować tradycyjnego hiszpańskiego jedzenia, jakiejś paelli, czy coś. Tapasy dla mnie, to było zbyt mało. Chciałem się najeść. Dlatego skierowałem się do Kolumbijskiego baru blisko stacji metra w Sante. Miejsce nazywa się El Sazon de Lili. Menu nie jest jakieś obszerne, więc zamówiłem kurczaka z ryżem i maduro. Nie wiedziałem co to jest maduro, pamiętałem jednak, że Maduro, to obecny prezydent Wenezueli, następca Chaveza. Wiem to z vlogów „Bez Planu” Bartka Czukiewskiego i „Gonna Travel” Adrianny, którzy spędzili sporo czasu w tym kraju i relacjonowali co tam się dzieje. Jeśli nie wiecie jeszcze o co chodzi, polecam Wam na YouTube kanały ich obojga i filmy z Wenezueli!


A co to jest maduro? Hahaha! Pieczone banany! Bardzo smaczne jedzenie za niewielkie jak na Barcelonę pieniądze. Co najciekawsze, nie było tu wtedy zbyt dużego ruchu, bo raptem dwie osoby pochodzące z Kolumbii wpadły tu coś przekąsić. Aha – kawę mają baaardzo dobrą. Kolumbijską!


Wróciłem do hostelu i musiałem się wziąć za pakowanie. Najpierw rower. Pudło jest tak wielkie, że nie musiałem ściągać przedniego koła! To dobrze, bo mniej składania i rozkładania. Siodełko musiałem ściągnąć, no i podwyżkę kierownicy oraz samą kierownicę. Sprawdziłem w wymogach bagażu sportowego i wyszło na to, że w odróżnieniu od SwissAir, w WizzAir limit wagi takiego bagażu jest nie 23kg, a aż 32kg. Z tego względu stwierdziłem, że wpakuję do pudła z rowerem wszystkie metalowe narzędzia, namiot, rowerowe buty (dość ciężkie) i kask. Wszystko to nie przekroczyło razem z pudłem 30 kg, więc super! Później zważyłem moje obie sakwy bez case GoPro w którym zmieściłem całą elektronikę. Obie sakwy ważyły 9,5 kg, więc mieściłem się w wykupionym bagażu rejestrowym w WizzAir. A case GoPro wziąłem ze sobą, bo baterie muszą być ze mną w kokpicie pasażerskim. Chodzi o ciśnienie i temperatury w luku bagażowym, które mogłyby spowodować rozsadzenie baterii. Pudło pozaklejałem kupioną wczoraj taśmą klejącą. W trakcie pakowania rowera do pudła napatoczył się jakiś niemożliwy rowerzysta gaduła. Estończyk, który będzie jutro zaczynał swój objazd rowerem Hiszpanii i Portugalii. O rany! Co ten chłopina miał gadane. W pewnym momencie już miałem dość jego trajkotania. Strzelał tysiącem słów na sekundę! Chcąc nie chcąc dowiedziałem się, ile waży jego rower (jedną trzecią tego co mój), ile to on chce robić kilometrów dziennie (160-180 km dziennie), że temperatury 40-42 stopnie to dla niego nie pierwszyzna (bo jest w Hiszpanii już drugi raz, chociaż poprzednio był w styczniu). Na moje wątpliwości, czy uda mu się dzień w dzień osiągać takie przebiegi, zwłaszcza, że ma tylko jeden mały 0,33l bidon, zaczął monolog 15-minutowy, jak on to nie jest przygotowany i jak on to nie ma wszystko obcykane. Dlatego szybciej niż sądziłem spakowałem cały rower (bo miałem dość tego trajkotu) i szybko ewakuowałem się na górę spakować sakwy…
Historia kartridża z gazem, którego nie miałem okazji użyć ani razu podczas tegorocznej mojej wyprawy, zakończyła się jeszcze wczoraj. Bowiem, Jerome, który siedział w recepcji powiedział mi, że on rusza dopiero na rowerze po Hiszpanii a na moje pytanie, czy ma gaz, żeby coś ugotować, skoro chce robić spanie na dziko, odpowiedział, że nie ma. Dałem mu więc kartridż i życzyłem udanej wyprawy.
W recepcji spytałem się jeszcze, czy mają jakiegoś taksówkarza, który by mnie jutro zabrał na lotnisko z moim wielkim pudłem. Nie mają. Ale podpowiedział mi chłopak z recepcji, żebym skorzystał nie z Ubera a z aplikacji FreeNow, bo jest taniej i pewniej niż z Ubera czy z korporacji taksówkarskiej. Ostrzegł mnie też, że niestety zdarza się, że umówiony taksówkarz nie przyjeżdża, więc lepiej jeśli odpowiednio wcześniej wezwę taksówkę, a gdy się będzie przeciągać czekanie, wezwać od razu kogoś innego, żeby się nie spóźnić. Ta aplikacja FreeNow ma taką funkcję, że można zamówić taksówkę na określony dzień i godzinę i konkretny kurs skąd-dokąd. Tak zrobiłem. Zamówiłem taksówkę na godzinę 7:00, no lot miałem o godzinie 9:40 z lotniska ElPrat. Nastawiłem 4 budziki, żeby nie zaspać.
Wieczorem powałęsałem się jeszcze w okolicy i prawdę mówiąc, kompletnie nie rozumiem, dlaczego parę osób ostrzegało mnie przed tym, bo biedna dzielnica, bo ktoś mnie napadnie, bo coś tam… Owszem, widać było, że dzielnica nie jest bogata. Widać było również w wielu miejscach wiszące z balkonów flagi w żółto-czerwone pasy, co świadczy o tym, że to ludzie, którzy chcieliby oddzielenia Katalonii od Hiszpanii, choć to temat na osobną opowieść… Ale ani razu nie poczułem, że muszę się napiąć, albo przypomnieć sobie kombinacje bokserskie, bo ktoś chce mi coś zrobić. Jedna rzecz mnie rozczarowała w trakcie tych spacerów. Lubię się wałęsać po miastach w obcych krajach i chłonąć zapachy. Za to na przykład kocham Budapeszt, bo ilekroć tam spaceruję po mieszkalnych dzielnicach, zwłaszcza w porze obiadu lub kolacji, czuć intensywne zapachy, które pozostają dla mnie charakterystycznym wspomnieniem miejsca. Tu w Barcelonie nie czułem prawie nic. Ani smrodu, ani zbyt wielu zapachów. Dziwne. Mam nadzieję, że gdy będę tu ponownie, doświadczę jakichś charakterystycznych dla tego miejsca zapachów…
A na dzisiaj, to wszystko! W jutrzejszej relacji krótko opiszę Wam, jakie są perypetie, gdy podróżujecie z rowerem samolotem i autobusem w czasach zarazy i podsumuję Wam całą moją samotną wyprawę rowerową z Zurichu do Barcelony! Do zobaczenia
Piotr i Wilk


