Długi dzień drugi

Zemplinska Sirava – Tiszafured. 205 km podawał licznik Sigmy. Track GPS który robi mi Amazfit Pace smartwatch po raz pierwszy się zawiesił i dlatego na Stravie są dwie trasy i brakowało 4km. Strava podaje, że było 211,61 km. To moja najdłuższa w moim życiu ciągu trasa pokonana jednego dnia. Możecie ją zobaczyć tutaj i drugą część tutaj.

To był dziwny dzień. Ponieważ wczoraj kręcili nosem, ze chcę pokój tylko na jedną noc, gdy wspomniałem że chcę jeszcze kolację, oczy im się zapaliły i spytali: a ranajku tyż? Wiedziałem, że pokój już mam. Nie wiedziałem, że będzie to miało znaczenie dzisiaj rano. Powiedziałem, że chcę wyjechać koło 5 rano. Musiałem się zgodzić na 6, bo było ryzyko, że pokój mi odpadnie… Tej straconej przez brak asertywności godziny bardzo żałowałem już całą drogę od Tokaju. Czyli 100km odcinek. 5 godzin jazdy netto. Z postojami ponad 6! Ale co tam! Śniadanie było smaczne, a Milan i Iwetta sympatyczni.
Chce już ruszyć, a tu pada… Jechać? Czekać? Poczekałem chwilę, ale deszcz nie odpuszczał, więc chcąc niechcąc, pojechałem w deszczu. Kilometry sobie lecą, deszcz odpuszcza z upływem czasu aż całkiem przestaje padać. Myślę o tym i tamtym, nagle! Krew mi odpłynęła z głowy… Dowód osobisty! @#$@%!!!! Mogłem się drzeć ile chciałem! I tak stałem w polu sam na drodze i się darłem. Nikt nie usłyszy… Ostatnia wioska była jakieś 5km temu… Szybkie myślenie. Przejechałem ponad 17 km. Jak wrócę i… znowu wrócę, to będzie ponad 51 km a dzisiaj trasa około 200 km. Nie wyrobię. Mogę bez dowodu? Dwa kraje… Nie przejdzie. Kuszę los niepotrzebnie. Szukam numeru. Dzwonię. Nikt nie odbiera trzech numerów – stacjonarnego i komórkowych. Dzwonię cały czas. W końcu odbiera znajomy głos. Mówię o co chodzi… Milan: Jiżis Marija! Gde Ti? Budkovce, hej? Stoj tam, a prijedu k’wam. W sumie 15 min na dodzwonienie się i pół godziny czekania. Najważniejsze, że dowód osobisty w kieszeni!

Mijałem słowackie winnice i tak mi zleciał czas aż do granicy SK -HU w Szatoroljoujhely. Co za różnica! Na Słowacji w sobotę i niedzielę czynne tylko pojedyncze bary z piwem lanym i niczym więcej – żadnego jedzenia. Ba! Nawet kofoli capovanej nie mają, jedno tesco po mojej drodze i podobno w Humenne Kaufland. Reszta „zatworena” (zamknięta). Restauracje, sklepiki, bary, sklepy. Wszystko! Na Węgrzech tymczasem ludzie chcą zarobić! O 12 otwarty bar przy mojej drodze, wiec długo się nie zastanawiałem. Zamówiłem cheeseburgera z bekonem. Był delikatnie mówiąc niedobry. Mięso dziwne. Ale chwała mu za to że był. Bo jak się okazało później, był to ostatni posiłek dzisiejszego dnia na ciepło.

Zrobiło się cieplej – wręcz skwar. Deszcze przelotne zostały przy burgerze. Z wodą na Węgrzech nie ma problemu. W każdej wiosce jest przynajmniej jedna pompa z wodą do picia. I tak do Tokaju mijała droga – popijając co kilka pomp. Droga asfaltowa podrzędnymi drogami była bardzo słaba jakościowo. Ulepianka. Słowacy na tym polu są lepsi i od Węgrów i od Polaków. Marudziłem na drogę? To niedługo później się okazało, że niesłusznie.

W miarę sprawnie przeprawiłem się promem na drugą stronę rzeki Tisza. Wtedy też dowiedziałem się, że reszta forintów sprzed dwóch lat nie do końca się nadaje do płacenia za prom, bo jeden banknot został wycofany z obiegu rok temu. Na szczęście wystarczyło na zapłatę za przeprawę. W pięknej słonecznej pogodzie wjechałem do Tokaju. Liczyłem na obiad. No cóż… Podobnie jak sporo turystów. Niedziela. Godzina po 13. Pora obiadowa. Nie ma się więc co dziwić, że miejsc wolnych przy stolikach nie było. Dlatego szukałem lokalu z mniejszą ilością turystów. Znalazłem tylko kawiarnię w starówce.

Zamówiłem picie, poszedłem do toalety. Powiem szczerze, ze brałem pod uwagę, by zostać w Tokaju. Jednak z mojej wyliczanki wynika, ze lepiej zostawić ten dzień zapasu na kolejne dni. Pojechałem dalej. Jak się okazało później, dobrze że wylatując z Tokaju zatrzymałem się przy pompie, zjadłem białko i rocket fuel (mieszanka węglowodanowa, tzw. paliwo rakietowe dla mięśni, bo obiadu nie było po drodze) i uzupełniłem wodę. Od Tokaju bowiem leciałem trasą EuroVelo. Niestety nikt nie napisał, że to trasa bez ujęć wody, wiosek, sklepów, restauracji, domów itp. Trasa wytyczona wałem przeciwpowodziowym rzeki Tisza. Fajnie, bo nie ma różnic w pionie, czyli jest płasko, no ale to co się dzieje w głowach rowerzystów po odcinku 20km, nie mówiąc o takich jak ja, co tą trasą jechali ponad 100 km… Monotonne widoki. Drzewa po prawej, pola po lewej, a trasa, to ubita, to w kiepskim asfalcie, to w dobrym… I jedziesz 22 km/h. Godzinę, dwie, pięć. Dramat. Można zwariować od tej monotonii. To co się działo w mojej głowie, zostawię dla siebie.

Przy trasie dostrzegłem mały park z pomnikiem. Zatrzymałem się w cieniu odpocząć i sprawdzić, co zacz. Pomnik upamiętnia inżyniera, który w latach czterdziestych XIX wieku realizował jedno z największych swych dzieł życia. Chodziło o uregulowanie biegu rzeki Tisza (Cisa) i zabezpieczenie przed powodziami z jej powodu. Projekt ogromnym nakładem pracy ukończono w 1845 roku a bieg Cisy skrócono o 40%. Od tamtej pory mieszkańców tych terenów Węgier nie nękały już powodzie. I w podzięce za to i za kilka innych dokonań owego inżyniera Pala Vasarhelyi (np. uregulowanie Dunaju, by możliwa była żegluga do Morza Czarnego.

Najgorsze było ostatnie 30 km. Ja miałem na całą tą 100km trasę niecałe 1,5l wody. Pod koniec już naprawdę myślałem, ze nie dam rady. Brakowało energii, było już po godzinie 20. Muchy wpadały dosłownie wszędzie, bo wtedy zaczyna się od nich roić. Robiło się ciemno. I ten brak pewności, czy będzie camping? Czy będzie prysznic i czy będzie jedzenie?
Jakoś doturlałem. Pierwszy camping zamknięty. Już „out of businness”. Drugi działa. Przyjęli mnie. Mają prysznic! Restauracja zamknięta. Ale przynajmniej sprzedali mi ice tea, wodę i radera. Rozbiłem namiot, wykąpałem się, wypiłem i poszedłem spać po 23.
VLQ

2 komentarze

  1. dobry jesteś!
    Powodzenia i ładnej pogody!

    1. Dziękuję Wujaszku! 🙂

Zostaw komentarz