Nową przygodę czas zacząć!
W ubiegłym roku wakacyjny czas spędziłem z Dziewczynami w USA i Puerto Rico. Miałem chrapkę, by coś w USA pokręcić korbą i przejechać chociaż z Nowego Jorku do Waszyngtonu. Okazało się jednak, że czas nie jest z gumy i zrobiłbym to kosztem innych wyjątkowych spotkań i przeżyć. Dodatkowo okazało się, że z wypożyczeniem roweru na kilka dni by wyjechać nim z USA też nie jest łatwo. Na upartego mogłem pożyczyć rower od przyjaciół, ale doszedłem do wniosku, że jednak wolę się nacieszyć czasem ze znajomymi i przyjaciółmi niż naginać niemałe dystanse NYC – Atlantic City – Philadephia – Washington. I cieszę się z tych decyzji, bo mam co wspominać!
Ale w tym roku chciałem ruszyć w drogę rowerem. Początkowo planowałem samotnie pojechać Berlin – Paryż. Do momentu, w którym mój Przyjaciel Opcio zadzwonił do mnie z pytaniem, gdzie planuję ruszyć. Okazało się, że pojawiła się szansa, by w tym roku pojechać razem! Dla mnie to wspaniała wiadomość na którą czekałem kilka lat. A dokładnie 4 lata. Opcio wynegocjował wolne od 1 do 18 sierpnia. Super! Ale ponieważ on był we wszystkich miejscach które chciałem odwiedzić na planowanej trasie Berlin-Paryż, to zaproponował trasę Oslo – Bruksela. Gdy zobaczyłem szkic trasy, przyznam się, że trochę się przestraszyłem. Bardzo ambitny plan. Ponad 1800 km. Jak się okazało przy szukaniu biletów lotniczych do Oslo i z Brukseli, na jazdę będziemy mieli tylko 16 dni. Przylatujemy bowiem po 19 do Oslo a z Brukseli samoloty do Krakowa są rano – koło 8.
Zaczęliśmy planowanie trasy takie bardziej szczegółowe. Będziemy mieli dwie przeprawy promowe – ze Szwecji do Danii i z Danii do Niemiec. W Norwegii i Szwecji szlaki rowerowe biegną wzdłuż wybrzeża, chociaż w Danii i Niemczech częściowo też. Ze względu na możliwość spania na dziko w krajach skandynawskich, będziemy pewnie z tej możliwości korzystali. Jak często? Zależy do wielu czynników (deszcz, potrzeba ładowania elektroniki).
Czy coś zmieniałem w moim Niebieskim Wilku – rowerze? Tak. Pojawiła się nawigacja Garmin Edge Explore 2. Zmieniłem kierownicę. Doszedłem do wniosku, że chwyty w mojej kierownicy Ergotec butterfly są zbyt wąsko. Z tego względu najczęściej jechałem trzymając kierownicą z boków. Szukałem lepszego rozwiązania aż znalazłem dwie – Surly Moloko i Jones H bar. Zdecydowałem się na tą drugą. A ponieważ różnica w cenie między oryginalną plus ogromna kwota za wysyłkę z USA a jej kopią niemal 1:1 od „majfrendów” z Aliexpress była niesamowicie wysoka, to kupiłem tą tańszą. Wysyłka szła zaskakująco szybko i oto mam swojego jones-H-bar majfrend edition. O wiele szerzej się ją trzyma niż butterfly i wciąż mam kilka wariantów trzymania jej. Muszę zmieniać pozycję dłoni na kierownicy co jakiś czas, bo inaczej pojawia się cierpnięcie dłoni, ich ból itp.
Założyłem też bagażnik na przednie koło i kupiłem nowe sakwy – komplet na przód i tył. Długo myślałem o zmianie sakw. Dotychczas korzystałem z Crosso. Jednak po historiach z ich wypinaniem się jak i bujaniem i odbijaniem roweru przy zjazdach, dojrzałem do zmian. Tym razem jednak postawiłem na sprawdzoną niemiecką markę Ortlieb. To trochę wbrew temu co robię najczęściej, bo jak mam do wyboru markę polską i innego kraju, wybieram polską, a najlepiej lokalną, podkarpacką. Owszem, Crosso ma w ofercie sakwy z innymi systemami mocowania niż klasyczne metalowe haki. Wiem, że jest spora ilość ludzi, którzy tych haków nie wymieniliby na nic innego i rozumiem to. Jednak jeśli ktoś jeździ spokojnie i nie przechyla roweru, to może być z takiego rozwiązania zadowolony. Ktoś jednak, kto przechyla rower, jeździ szybciej, raczej wybierze inny system – z plastikowymi zatrzaskami, które trzymają sakwę na miejscu. Nie ma więc możliwości, by sakwa się odchyliła od bagażnika. Crosso ma mocowania typu click, ale nie ma w sakwach kieszonek na drobiazgi, dokumenty itp. Mówię o sakwach z mocniejszego materiału niż cordura – takiego plandekowego. Po takim porównaniu wybrałem Ortlieb. I uważam po obejrzeniu tych sakw, że niestety dla polskiego Crosso – jakość jest naprawdę fenomenalna! To po prostu Mercedes wśród sakw! A po co tyle pisania o sakwach? Bo to obok roweru – jeden z najważniejszych elementów w czasie wypraw rowerowych. Jeśli sakwa przemoknie – jest kiepsko. Mało kto chciałby spać w mokrym śpiworze, czy zakładać na siebie mokre ciuchy. Także mam wspaniałe nowe cztery sakwy i zamierzam je używać.
A dlaczego cztery sakwy, a nie jak dotychczas dwie tylne? Dojrzałem do tego, że przy obciążeniu tylnego koła kierownica „myszkuje”. I z tego powodu muszę rozłożyć ciężar w miarę równomiernie na oba koła. Mimo iż ekwipunku mi nie przybywa w porównaniu do poprzednich wyjazdów, to jednak mam ze sobą dronka Bronka, laptopa jak w wyjeździe w 2022 roku. Mam też nieco więcej ciuchów. Dlaczego?



To będzie najbardziej ambitna wyprawa. Najdłuższa zarówno jeśli chodzi o długość jak i czas trwania. Dotychczas robiłem max 14-dniowe wyrypy. Tutaj będzie 18 dni. Przed sobą mamy ponad 1800km, które będziemy musieli pokonać w 16 dni. W planie mamy dość dużo „spania na dziko”, czyli w namiotach ale poza kempingami. Z racji tego, że dzienne przebiegi będą musiały oscylować powyżej 120km, będziemy musieli spędzać sporo czasu w siodle kręcąc pedałami. Nie będzie za wiele czasu na przystanki. Mimo tego, musimy znaleźć jakiś balans i znaleźć czas na zwiedzanie, ciepłe posiłki, odpoczynek. Zobaczymy jak wyjdzie. Bardzo bym chciał czasami przenocować u miejscowych w ramach organizacji „Warmshowers” o której już pisałem Wam w poprzednich relacjach, ale czy się uda? Zobaczymy.


Póki co, dojechałem Flixbusem z Rzeszowa na lotnisko w Krakowie. Dudi pomógł mi przewieźć pudło z rowerem i sakwy na dworzec z domu, bo taksówkarze bardzo niechętnie składają oparcia tylnej kanapy, żeby wziąć mnie z ogromnym pudłem z całym moim majdanem. A w Krakowie zaczęło padać. Obym się zmieścił w limicie wagi bagażu sportowego, bo jak ważyłem wychodziło 31,7kg.


Opcio przyjechał troszkę później niż zamierzał. Złączyliśmy dwie sakwy – jego i moją folią stretch, zabezpieczyliśmy taśmą klejącą i poszliśmy do check-in. Zważyliśmy oba nasze pudła z rowerami i majdanem w środku. Waga pokazała w moim przypadku dokładnie 31,7kg czyli tyle ile mi wyszło podczas ważenia w domu. Nadaliśmy dodatkowy bagaż rejestrowany, czyli nasze złączone sakwy i podaliśmy pudła z rowerami miejscem gdzie się daje bagaże ponadmiarowe. Wszystko poszło bezproblemowo! Wspaniale.



Nasz samolot się opóźniał. Na pokład weszliśmy o 17:05 czyli wtedy gdy już powinniśmy startować. W sumie lot opóźniony o 50min. Gdy wylądowaliśmy w Oslo było jeszcze dość jasno. W miarę szybko dostaliśmy nasze sakwy i chwilę później oba pudła. Szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy spokojnie złożyć nasze rowery, ale na terenie lotniska nic takiego nie znaleźliśmy. Za to przed wejściem, tuż przy przystankach autobusowych było całkiem w porządku. To znaczy – porządku to tu nie było, bo na chodniku leżały puste puszki po piwie, pety itp.


Staraliśmy się jak najszybciej złożyć rowery, cały majdan w sakwy, ale musieliśmy jeszcze podjechać na stację paliw do kompresora. Pompkami byśmy się zajechali chcąc dobić opony. 3km dalej znaleźliśmy kompresor i mogliśmy już na luzie ruszyć do hotelu. Była 22:30. Jeszcze widno. Ale jak to Opcio określił – „rześko”. No zimno było! 2 km dalej był nasz hotel – Best Western. Zostaliśmy tutaj na noc i rano śniadanie. Jeszcze tylko piwo na dole przed pójściem spać. Piwo drogie – dwa półlitrowe jasne za 280 koron norweskich, czyli 101 zł! Rekord! Ale warto było, bo to zaległe urodzinowe Opciowe.
Do zobaczenia jutro!


Czyli, że teraz jesteś w tej podróży, znaczy na początku sierpnia 2024? Swoją drogą ciekawy blog. To pisałem ja – Piotrek, Twój kolega z Krzywoustego, 2 piętra poniżej Twoich dziadków. Nawet po 32 latach niewidzenia łatwo Cię rozpoznać 🙂 Udanej podróży, będę śledził relacje.
Dziękuję! Śledź 🙂