Dzień jedenasty, w którym przejeżdżamy przez piękne Roztocze i wjeżdżamy na Podkarpacie

Dzień 11: z Nawozu do Horyńca Zdroju. 106,4 km. Wczoraj zrobiliśmy na tyle dłuższą trasę, że dzisiaj mogliśmy się wyspać i spokojnie rano ogarniać. Bez pośpiechu. Właściciel był tak miły, że pokazał mi gdzie możemy umyć swoje utytłane błotem rowery. Z tego co wczoraj nam powiedział, to wszyscy jadący rowerami GV od Krasnegostawu mówią to samo, że błoto straszne. Ponoć nawet kiedyś była u niego urzędniczka z urzędu Marszałkowskiego woj. Lubelskiego, która odpowiedzialna jest za GV właśnie. Na pytanie, dlaczego trasa idzie właśnie tamtędy przez błoto i że wszyscy się na to nadziewają zupełnie bez sensu, odpowiedziała ponoć: „ja w ogóle nie wiem, którędy ta trasa idzie…”
Szach-mat!

Rowery były tak zarąbane błotem, że to był szok! Umyliśmy je i nasmarowali łańcuchy, jednak dopiero po jakichś 20 km przestaliśmy czuć grzechotanie przy każdym obrocie korbą.
Odcinek od zalewu Nielisz do Szczebrzeszyna nie jest jakiś szczególnie ciekawy. Ani ten zalew spektakularny, ani droga do rynku w Szczebrzeszynie atrakcyjna.
Od skrzyżowania w Klemensie, tym przy restauracji Klemens (Stary Młyn) pojechaliśmy ścieżką rowerową wzdłuż drogi 74 a nie GreenVelo, bo projektant i tym razem postanowił sobie zadrwić z turystów i poprowadzić ich jakby rowerową obwodnicą a nie przez miasto Szczebrzeszyn. Absurd w czystej postaci, bo wtedy nie ma sklepów, restauracji, barów i noclegów które są właśnie głównie przy rynku Szczebrzeszyna.
W rynku pstryknęliśmy sobie zdjęcie z jakimś Chrząszczem co to podobno w trzcinie, no sami wiecie, co… Kupiliśmy jeszcze jakieś pamiątki dla naszych dzieci i pojechali dalej.

Droga głównie ścieżkami rowerowymi będącymi poboczem normalnej drogi prowadzi do Zwierzyńca. Od Żurawicy jednak droga idzie już przez roztoczańskie lasy szutrem. Jedzie się przyjemnie, zwłaszcza w upalny dzień w lesie bowiem jest chłodniej i pięknie pachnie. Wjeżdżając do Zwierzyńca przejeżdżaliśmy obok miejsca, w którym hitlerowcy urządzili w czasie IIWŚ obóz koncentracyjny. Obecnie na terenie obozu stoi wybudowany nie tak dawno kościół…
W Zwierzyńcu zrobiliśmy postój na kawę i gofry. Można też spokojnie zjeść obiad, napić się piwa ze zwierzynieckiego browaru. Ludzi tutaj więcej, bo miejscowość turystyczna. Ale co ciekawe, budki gdzie można kupić gofry czy jakieś jedzenie i kawę, to pamiętają spokojnie czasy lat 80-tych. Niewiele się w nich zmieniło. No może jedna z nich ze smażalni ryb stała się budą z obiadami domowymi, kawą, lodami i goframi w jednym. A wcześniej były w niej wyłącznie frytki i ryba. Uciekliśmy stamtąd szybko, by nie tracić czasu na omijanie spowolnionych zombiaków w maskach (turyści). Trasą przez lasy Roztocza od Zwierzyńca do Józefowa w ogóle była jednym z przyjemniejszych odcinków na całym GreenVelo.

Między Zwierzyńcem a Józefowem był jeden z przyjemniejszych odcinków poprowadzony lasami przez piękne zielone tereny Roztocza. Sporo ludzi spacerujących, jadących rowerami, z dziećmi w przyczepach, na małych rowerkach i emeryci dziarsko kroczący z kijkami nordic walking. Gdzieniegdzie rzeczką płynęli (a to jeszcze w Zwierzyńcu – Wieprzem) inni kajakami. Wygląda to tak fajnie, że zgodni byliśmy, że trzeba tutaj przyjechać na spływ w te okolice. Wyjeżdżając zaś z lasu zatrzymaliśmy się przy drodze na „Przystanku u Gosi” w Górecku Starym. Babcia z wnuczką przyrządzają tutaj w takiej drewnianej wiacie przy gospodarstwie lokalne specjały. Co ciekawe, gdy spytałem, co to są te „podpłomyki”, czy to coś jak proziaki, Pani ze śmiechem odparła, że na pewno jestem z podkarpacia, bo tam się to właśnie tak nazywa a u nich to podpłomyki. Przyjemne miejsce z domową lemoniadą, domowym chlebem i regionalne dania obiadowe. Warto tu właśnie zajrzeć!

W Józefowie minęliśmy plażę na jeziorku. Sporo narodu porozkładanego na ręcznikach. Pojechaliśmy dalej, bo czas nas zaczął gonić i dobrą drogą dojechaliśmy do Suśca do restauracji Sosnowe Zacisze na obiad. Pyszna zupa kurkowa i kotlet drobiowy z ziemniakami i surówką.

Od Suśca krajobraz zaczął się zmieniać, pomału nawet mijane chaty zaczęły wyglądać inaczej. Coraz więcej płotków i ogrodzeń wyznaczało granice działek okalających chaty. Poza tym coraz więcej podjazdów i zjazdów. Na polach zamiast powszechnego tytoniu coraz częściej rac,ej zboże już skoszone i ewentualnie wielkie bale z siana porozrzucane na polach. Co się dzieje? No tak! Opuszczamy Lubelszczyznę i wjeżdżamy do Podkarpacia. Narol jest na naszej trasie pierwszą większą miejscowością w tym województwie. Oczywiście GV omija centrum Narola… Ale za to idzie wzdłuż parku przy pałacu Łosiów w Narolu. Pałac spory i trwają prace nad przywróceniem jego wnętrzom wyglądu. Z zewnątrz wygląda nieźle. A pomiędzy drzewami w pałacowym parku widać było plantację chmielu.
Trasa wiodła zarówno asfaltami jak i drogami utwardzonymi szutrowymi przez pola. Za Narolem jednak krótki odcinek poprowadzony jest przez Rezerwat Źródła Tanwi. Idzie on drogą polną i później leśną od miejscowości Huta-Złomy.
Słońce powoli zaczęło zachodzić, więc staraliśmy się jak najszybciej dojechać do zarezerwowanego pokoju w Horyńcu-Zdroju. Dlatego po kilkunastu podjazdach i zjazdach i drogach szutrowych stwierdziliśmy, że podarujemy sobie nonaensownego zygzaka jaki naniósł projektant GV przed Horyńcem od Świdnicy. I dlatego zamiast pchać się w.lewo przez las i później przez pola, pojechaliśmy prosto asfaltem do Horyńca Zdroju.

Zrobiliśmy jeszcze rundkę po parku zdrojowym, napili śmierdzącej siarkowodorem wody zdrojowej i trafiliśmy w centrum do pensjonatu Hetman.
Dzisiejszy dzień był naprawdę przyjemny przede wszystkim za sprawą Roztocza. Oprócz tego piękna pogoda. No może jeszcze gdyby tego wiatru tak mocnego nie było głównie w twarz, to byłoby idealnie.

Dzisiaj przejechaliśmy 106,4 km. Razem od Elbląga zrobiliśmy 1305.40 km.
Ślad trasy i wszystkie dane przewyższeń, tętna, prędkości są widoczne w Stravie tutaj.

A w jutrzejszej relacji będzie ostatni etap naszej wyprawy z metą w Przemyślu! Zapraszam!
VLQ

Zostaw komentarz