Dzień siódmy, czyli niewiele się działo, ale przyjemnie jechało!

Nocleg w Supraślu w Petra Noclegi był dobry. Mogliśmy skorzystać z kuchni, nawet właściciel wyprał nasze rzeczy za dodatkowe 10 zł. Niestety nie wyschły one do końca. Dotychczas udaje nam się prześlizgiwać pomiędzy deszczami i burzami. Ale niestety temperatura spada, front zmieniający pogodę przeszedł i nie jest już tak ciepło jak wtedy gdy zaczynaliśmy. Z tego powodu to bardzo ważne, byśmy mieli czyste i suche rzeczy do jazdy.

Śniadanie dzisiaj na zimno. Nie żadna tam jajecznica. Bułki z serem i jogurtem. Wyjechaliśmy troszkę później niż zwykle i najpierw skierowaliśmy się do Monastyru w Supraślu, który wczoraj wieczorem gdy spacerowaliśmy do sklepu, był zamknięty. Zwiedzanie tylko z przewodnikiem. Wymagany godny strój, czyli musieliśmy założyć długie spodnie. Rowery można wprowadzić na dziedziniec ale nie wolno nimi wjeżdżać do cerkwi. Cerkiew bardzo ucierpiała w czasie IIWŚ i zaraz po niej, gdy najpierw z całego kompleksu część była zniszczona bombardowaniem, a reszty zniszczeń dokonali krasnoarmiejcy. Cerkiew jest odbudowana i wciąż jest wykańczana w środku. Częściowo jest pokryta malunkami a oryginalnych malowideł na ścianach wewnątrz jest niewiele. W małym budynku ikonostas robi wrażenie, ale są to w całości nowe ikony i malowidła. Przewodnik nie był zbyt uprzejmy i tym samym dołączył do wczorajszego popa. Jestem zaskoczony nieuprzejmością tych przedstawicieli prawosławnych.

Pojechaliśmy dalej, bo już było późno, a przed nami przez puszczę ponad 100km. Na trasie oprócz zmieniającego się pejzażu mieliśmy w większości drogi asfaltowe.
Planując trasę wpisałem wizytę w tatarskiej wiosce Kruszyniany jako miejsce do zobaczenia i gdzie warto zjeść obiad. Niestety szlak GreenVelo jest poprowadzony przez różne nieistotne wioski zygzakami gęstymi, że hej, ale niestety przez Kruszyniany on nie leci. Żeby tam dojechać, musielibyśmy odbić w bok około 15km i wrócić dokładnie tą samą trasą dokładnie w miejsce gdzie zjechaliśmy ze szlaku. Czyli ponad 30 dodatkowych km i minimum 2 godziny na dojazd i powrót, bo nie wiemy jaka tam jest nawierzchnia drogi i dodatkowe minimum 0,5h na zamówienie i zjedzenie obiadu. Nie mieliśmy tyle czasu. Musieliśmy odpuścić, z czego jestem bardzo niepocieszony. Muszę tam kiedyś dojechać.

Na odcinku przed i w samym Królowym Moście były szutry przez lasy w stanie słabym ze względu na piasek. A podjazd na tym odcinku bardzo stromy. To było pierwsze miejsce jak dotychczas na szlaku GreenVelo, w którym musiałem zejść z rowera i go prowadzić. Nie że nie miałem siły, tylko kąt nachylenia w połączeniu z piaszczystą nawierzchnią powodował, że koła buksowały w piasku i groziło to upadkiem.
Przy okazji wrzucam Wam wiejską przydrożną tablicę ogłoszeń. To ciekawe, co na takich tablicach można znaleźć…

Przed wjazdem do puszczy białowieskiej musieliśmy trochę zjechać ze szlaku, by zjeść obiad i ewentualnie przeczekać ulewę, która nas od jakiegoś czasu ścigała.
Zjedliśmy więc bardzo obfity obiad w Mikłaszewie w „Swojskim Jadle” i jak tylko skończyliśmy, musieliśmy gnać na Narew by uciec burzy. Jednak deszcz nas zaczął łapać, więc przeczekaliśmy go pod dachem jakiejś zamkniętej przychodni z widokiem na Makatki Narewkańskie namalowane na elewacji Gminnego Ośrodka Kultury.

W końcu dojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej a w zasadzie do Białowieskiego Parku Narodowego. Ponieważ nigdy jeszcze tutaj nie byłem, to oprócz potężnych drzew, zwłaszcza dębów robiących kolosalne wrażenie, mijana puszcza w której w odróżnieniu od zwykłych lasów, nie ma powalonych pni walających się gdzie i jak popadnie, spodziewaliśmy się obaj raczej leśnej ubitej ścieżki. Tymczasem niemal całą puszczę przejechaliśmy pięknym, gładkim asfaltem. Wiem, że mój zachwyt będzie się starać zmniejszyć jaki(a)ś eko-aktywist(k)a, ale jadąc tyle km rowerem z sakwami, bo o turystyce rowerowej z prawdziwego zdarzenia a nie niedzielnej mówię, to asfalt jest zawsze lepszy od utwardzonej jakiejkolwiek nawierzchni.

Do Hajnówki dojechaliśmy tuż przed zmrokiem, który wtedy zapadał o 19:33. A że Leśny Dworek, w którym załatwiliśmy sobie nocleg w specjalnej niskiej cenie jest położony obok szlaku GV blisko wjazdu do Hajnówki, to nie musieliśmy do niego daleko jechać.
Później już tylko rozpakowanie, kąpiel i spacer do Biedry po jedzenie na kolację i śniadanie.

W ten sposób minął nam dzień niezbyt obfity w atrakcje na trasie, jednak kilometrowo całkiem przyzwoicie.
Dzisiaj wyszło nam 111 km a ogółem od Elbląga, to 807 km.
Trasę na Stravie może od zobaczyć tutaj.

A w następnej relacji będzie więcej atrakcji na trasie, dlatego zapraszam już teraz!
VLQ

Zostaw komentarz