Hvar do Bol-Zlatni Rat i koniec po sztormowej pogodzie w Splicie

Ostatni dzień rejsu był bardzo intensywny!
Mariusz wstał po 5 rano mimo tego, że skończyliśmy z nim wczorajsze wieczorne rozmowy i drinki po 2 w nocy. Ja się zerwałem na równe nogi dopiero jak usłyszałem hałas wyciąganego łańcucha kotwicy o 6:30. Ruszyliśmy w kierunku Bol. Żeby to zrobić musieliśmy sporo opłynąć. Niedługo po wyjściu z zatoki postawiliśmy żagle i halsując kierowaliśmy się na Bol na wyspie Brač.

Wiatr nie był jednostajny i mocny, więc musieliśmy się wspomagać silnikami. To rzucaliśmy żagle, to je stawialiśmy. Reszta załogi poza nami wstawała późno, bo grubo po 8, a nawet niektórzy po 9. Śniadanie zjedliśmy więc na morzu na raty. Monika zrobiła nam pyszną jajecznicę za boczku. Chcieliśmy wykończyć nasze zapasy z lodówki, wszak żarcia zabraliśmy bardzo dużo ze sobą. Dopłynęliśmy do Złotego Rogu gdy już wszyscy byli na nogach i najedzeni. To miejsce gdzie ruchy morza uformowały charakterystyczną plażę z drobnych kamyczków w kształcie rogu. Stąd nazwa.

Spuściliśmy ponton, by dokonać desantu na to oblegane przez plażowiczów miejsce. No wyglądaliśmy naprawdę jak jakaś grupa filmowców kręcąca desant „navy seals” (Komando Foki) tym pontonem. Grzesiek sprawnie na dwa razy przewiózł nim załogę, podciągnęliśmy ponton wyżej na brzegu, by nam nie odpłynął i wtopiliśmy się w tłum. To był największy tłum jaki przez cały nasz rejs spotkaliśmy na plaży. Dużo ludzi. Rozłożyliśmy ręczniki i hopla z dzieciakami do wody.
Umówiliśmy się na dwie godziny w tym miejscu i prawdę powiedziawszy czasu było aż nadto. To bardzo komercyjne miejsce. Bardzo dużo turystów, w tym sporo Polaków. Wgłębi, czyli tam, gdzie więcej jest drzew, sporo różnych food trucków i bud z frytkami, burgerami, lodami, naleśnikami i wszystkim tym, bez czego przeciętny turysta nie wyobraża sobie wakacji. Ceny umiarkowane.
Porobiłem kilka zdjęć, wypiłem jakąś colę zero i ponieważ pogoda dziś nie rozpieszczała (bo słońce schowało się za chmurami) i zaczęło się robić wietrznie, to bez żalu wróciliśmy wszyscy na łódź.

Czekał nas spory kawałek drogi do przebycia a pogarszające się warunki pogodowe oraz to, że musieliśmy płynąć pod wiatr, sprawiły, że musieliśmy zagęszczać ruchy. Początkowo halsując staraliśmy się osiągnąć założony kierunek. Musimy dojść do bramy za którą według planu mieliśmy się dostać do Milnej na wyspie Brac. Chcieliśmy się tam spotkać z naszymi znajomymi i na chwilę zatrzymać pooglądać to piękne miejsce. Póki co, walczyliśmy z wzmagającym wiatrem.

Na wysokości północnej części wyspy Hvar w pewnym momencie rozdarł się nasz kapitan wrzeszcząc na całe gardło: „Delfiny! Delfiny!!!” Spora część załogi w kilka chwil pojawiła się na pokładzie i przez kilkanaście minut mogliśmy poobserwować trzy pary delfinich rodzin jak pojawiały się na powierzchni wody wystawiając tylko płetwy grzbietowe by zaczerpnąć powietrza. W tym rejonie sporo widzieliśmy bojek znaczących miejsca, gdzie rozstawione były sieci rybackie. Jak nam Mariusz wyjaśnił – delfiny wykorzystywały właśnie te sieci do łowienia ryb, dlatego właśnie w tym miejscu widzieliśmy te inteligentne zwierzęta.
Niestety nie udało mi się złapać na zdjęciu jak się delfiny wynurzały. Myślę, że może na filmie coś udało mi się uchwycić. Trudno! Musicie mi uwierzyć na słowo 🙂

Im dalej, tym było gorzej jeśli chodzi o warunki do żeglowania. Na pokładzie w pewnym momencie zostałem ja i Mariusz. Grzegorz spał pod pokładem i chyba trochę gorzej się czuł od tego coraz gorszego kołysania łodzi. Przez dłuższy czas sądziłem, że chce się po prostu wyspać na zapas, bo czekała nas dzisiaj od wieczora trasa powrotna do Polski, a Grzegorz był głównym kierowcą. Robiło się momentami niebezpiecznie. Fale się wzmagały. Mariusz zarządził zredukowanie powierzchni żagli i w coraz większym stopniu płynęliśmy na silnikach. W sumie, to obserwując inne jachty płynące w podobnym do naszego kierunku, to byliśmy jednym z trzech jachtów, które płynęły na żaglach. Cała reszta jachtów nawet się nie wysilała, tylko ze zwiniętymi żaglami ciągnęła na silnikach wzdłuż brzegu.

Nie mam niestety z tego odcinka zdjęć, bo było kiepsko! Nagrałem dosłownie trzy filmy i to kurczowo trzymając się pokładu, bo łodzią rzucało na wszystkie strony. Fale były momentami 3-metrowe. Wyglądało to naprawdę spektakularnie. Żywioł pokazywał swoją siłę a mnie uświadamiał coraz bardziej, jak mały i słaby w porównaniu z nim jestem. To wspinaliśmy się na grzbiet fali, to znów spadaliśmy z wysokości rozbryzgując dziobami wodę. „Piotrek – czy na pewno dobrze przymocowałeś SUPa?” spytał mnie Mariusz. Rzut oka – widzę jak strasznie podskakuje SUP przywiązany do siatki na dziobie. Poszedłem sprawdzić, czy nic się nie poluzowało. Trochę luźnawy. Zacząłem więc poprawiać mocowanie liną do siatki. A w tym czasie robię razem z łodzią wybicie o 2-3 metry i chwilę później łup – spadamy o te 2-3 metry. Jeszcze gdyby to był zwykły ruch góra-dół, to luz. Tymczasem rzuca bardziej w lewo i góra, to znów bardziej prawo i dół rozbryzgując wodę i mocząc wszystko dookoła doszczętnie. Niezła jazda! W tym wszystkim trzeba bardzo uważać, żeby nie wypaść poza pokład, bo bym narobił całej załodze problemów a i sam bym się wystraszył nie na żarty.

Wiem, że to nic w porównaniu z żeglowaniem pełnomorskim w trakcie sztormu, szkwału przy większych prędkościach, ale będę te chwile pamiętał z respektem dla morza długo! Wspaniała przygoda.

Po jakimś czasie się uspokoiło i już bramę i dalszą drogę przebywaliśmy w względnie spokojnych warunkach płynąc na silnikach. Musieliśmy niestety odpuścić wizytę w Milnej. Czas nas gonił. Za długo pokonywaliśmy koło 10 Mil morskich. Łódź mogliśmy oddać w Splicie do godziny 19-19:30 a musieliśmy jeszcze uzupełnić zużyte paliwo.

Dopływając do Splitu ruch się wzmagał – coraz więcej większych i mniejszych jednostek. Te duże powodowały spore fale, na które trzeba się było odpowiednio ustawić, by nie kołysało niepotrzebnie na boki. Niestety kolejka do stacji paliw w marinie była spora – na oko kilkanaście jachtów, w tym (jak się po ustawieniu w kolejce okazało) również bardzo duża łódź.

Jak się stoi w kolejce do tankowania? Cały czas operuje silnikami w taki sposób, by nie zderzyć się z inną jednostką. Kłębią się więc na małej przestrzeni łodzie bacznie obserwując i co chwila korygując swoje położenie by nikogo nie uszkodzić. Dzwonię do Astarea – naszej firmy od której wyczarterowaliśmy katamarana z pytaniem, czy na nas poczekają, by zrobić „check out” jeszcze dzisiaj? Wiemy już że mamy tak mało czasu, że może uda nam się „na styk”. Gdy w końcu po ponad 2 godzinach stania i czekania aż wszyscy przed nami w kolejce zatankują paliwo, udaje się nam przycumować i zatankować naszą łódź, ponownie dzwonię do Astarea i pytam ich, gdzie mam podpłynąć?

Odpowiedź – szybko płyńcie do zewnętrznego peera, bo czekamy na was razem z nurkiem, który musi sprawdzić, czy nie uszkodziliście łodzi – taka procedura. Robimy co możemy, by jak najszybciej się tam dostać. Tym razem już lepiej wiemy z Grzegorzem (który wcześniej wrócił na pokład) co mamy robić przy podchodzeniu do brzegu. Poszło nam to dość sprawnie i bez niespodzianek, choć nasi Marinero z Astarea na brzegu jasno dali nam do zrozumienia swoim pokrzykiwaniem, że są zniecierpliwieni czekaniem na nas i chcieliby jak najszybciej uciekać do domu. Zacumowaliśmy, nurek sprawdził pod wodą, że wszystko gra, i dowiedzieliśmy się od kierownika Astarea, że chce on, byśmy zapłacili za wezwanie serwisu do naszego zgłoszenia, że woda się zbiera przy silniku. Tłumaczył się przy tym w dość zagmatwany sposób. W końcu stanęło na tym, że zapłaciliśmy mu mniej niż połowę, choć wiem, że naszej winy w tym wszystkim nie było – chciałem mieć ten temat z głowy. Kwota nie powalająca, bo 200 Kun, ale w sumie można było się wykłócać, bo to niesprawna słuchawka prysznicowa na rufie (która służy do spłukania słonej wody z siebie po kąpieli w morzu), która sama się w trakcie rejsu włączała i wówczas lała wodę słodką do przestrzeni silnika na prawej burcie. Formalności załatwiliśmy w locie później, dostaliśmy połowę kaucji w gotówce godzinę później, gdy się pakowaliśmy już do samochodu no i obietnicę, że jutro rano jak sprawdzą, czy kibelki na pokładzie nie są uszkodzone/zapchane, to odblokują mi kaucję na karcie kredytowej. Dzień później już wiedziałem, że blokada zdjęta, więc uznali, że zwróciliśmy jacht w dobrym stanie.

Na szczęście nie policzyli nas za przebity odbojnik… A tymczasem zgodnie z ustaleniem z Astarea, spakowaliśmy się w ciągu troszkę ponad 2 godzin z jachtu do samochodu i ruszyliśmy jeszcze do Splitu obejrzeć to miasto i zjeść coś na szybko zanim ruszymy w długą podróż do Polski. Mariusz tymczasem zmęczony (wszak od 5 na nogach) zasnął, więc został na pokładzie czekając na nasz powrót.

Poszliśmy promenadą w kierunku pałacu Dioklecjana. Po drodze zjedliśmy takie sobie burgery w TOTO burger. Po opiniach sądziłem, że będzie smaczniej. Szału nie było, ale grunt, że brzuchy napełnione. Bardzo dużo ludzi – wręcz tłum. Wzdłuż promenady zacumowane bardzo okazałe jachty. Oj! Czuć było „piniądz”! Na tych bogatych jachtach obsługa robiła wszystko by dogodzić bogaczom. A wszystko to było widać przez okna jachtów przechodząc wzdłuż promenady. Te najbardziej bogato wyglądające jachty było pod banderami wysp brytyjskich. Tymczasem promenadą przechadzali się ludzie zwyczajni – jak my, ale pomiędzy nimi wystrojeni Bogacze w towarzystwie olśniewających kobiet zmierzający do restauracji na lądzie. Gwar rozmów, śmiechy, młodzi ludzie siedzący na murkach promenady ze swadą dyskutujący popijając drinki, czy jakieś piwko z butelek. Im bliżej centrum starego Splitu, tym większe tłumy.

Z Pati i Jagodą poszliśmy na lody obok pałacu Dioklecjana i by coś jeszcze pooglądać a w tym czasie Grzegorz z Moniką i Filipem poszli z powrotem już do samochodu w porcie, natomiast Ryszard czekał na swoje jedzenie, bo omyłkowo kelnerka wyrzuciła jego zamówienie gdy na chwilkę odszedł od stolika. W ramach przeprosin dostał jeszcze raz swoje zamówienie na nowo. Ostatecznie wszyscy wróciliśmy do mariny i po spakowaniu do końca ruszyliśmy samochodem do Polski.

Droga minęła bez niespodzianek i niepotrzebnych kontroli na granicach. Grzegorz zaś prowadził cały czas ani myśląc o tym, by ktoś go zmienił za kierownicą. A w tym czasie cała nasza załoga spała… Zuch Grzegorz!

Podsumowując w trakcie rejsu przebyliśmy prawie 130 mil morskich z najwyższą prędkością prawie 9 węzłów. Dla mnie była to wspaniała przygoda, która pokazała mi Chorwację z absolutnie innej niż lądowa perspektywy. Widzieliśmy przepiękne zatoczki, wschody i zachody słońca! Cieszyliśmy się możliwością pływania w pięknie przejrzystych wodach i podglądania życia pod wodą. Spróbowaliśmy wspaniale przygotowanych owoców morza. A przede wszystkim skosztowaliśmy namiastki życia morskiego!

Życzę każdemu z Was, byście mieli możliwość odbycia podobnego rejsu i znalezienia innej perspektywy aktywnego wypoczynku ze wspomnieniami, które zostaną na zawsze!

Dziękuję Wam Wszystkim za uwagę i do zobaczenia w kolejnych relacjach, bo już niebawem ruszę w samotną wyprawę rowerową przez Europę, która będzie dla mnie nie lada wyzwaniem.

Do zobaczenia!
Piotr

2 komentarze

  1. Ekstra ! Żałuje, ze dopiero dziś przeczytałem wszystkie relacje 🙂 czekam na następna z rowerowej eskapady !!! 🙂 sąsiad.

    1. Dziękuję Mat!
      Samotną wyprawę zaczynam 5 sierpnia, więc lada chwila. Zapraszam zatem na kolejną porcję relacji!

Skomentuj VLQAnuluj pisanie odpowiedzi