Ostatni dzień wyprawy GreenVelo 2020, w którym ścigamy się z czasem, by zdążyć na pociąg w Przemyślu

Dzień 12: Horyniec Zdrój – Przemyśl. 92,60 km. Musieliśmy dzisiaj wstać wcześnie, czyli już po 6, żeby się spakować i jak najszybciej wyruszyć. Wiedzieliśmy bowiem, że do Przemyśla mamy niecałe 100km, pociąg z Przemyśla rusza o 15:52 a my musimy jeszcze zjeść obiad zanim do niego wsiądziemy na kilka godzin jazdy (w przypadku Opcia, bo on do Krakowa jedzie). Zazwyczaj 100 km przekraczaliśmy po 14, więc stres był. Wiedzieliśmy również, że tego dnia ma być bardzo gorąco przy mocnym wietrze głównie w twarz – takie nasze szczęście na tej wyprawie. Oprócz tego jest niedziela i nawet jeśli handlowa, to nie wiedzieliśmy ile ze sklepów po drodze będzie czynnych. Zbierając te wszystkie czynniki razem, wynikło nam, że musimy mocno zasuwać i to pomimo, że „w nogach” mieliśmy już 1300km.

Droga z Horyńca wiodła nas najpierw asfaltami do granicy z Ukrainą w Radrużu, później szutrową, utwardzoną ścieżką przez las. A później w lesie zdziwienie – asfalt! I to całkiem ładny a chwilę później już imponująco równy! W taki upał jazda przez las w cieniu po gładkim jak stół asfalcie, to sama rozkosz! Zwłaszcza dzisiaj, gdy tak nam się śpieszyło, to było jak świetny prezent. Kilometry leciały, my mijaliśmy kolejne wioski i lasy aż dojechaliśmy do Budomierza, w którym widzieliśmy na drodze szlaban granicy Polski, ale ponieważ było to za znakiem zakazu ruchu, to nie chcieliśmy ryzykować zdjęcia przy szlabanie w cenie 500zł (szlaban monitorowany – kamera była). Ludność wiejska jak to w niedzielę o tej porze – zajechała swoimi umytymi samochodami do kościołów na msze. Przejeżdżając obok słyszeliśmy śpiewy i modlitwy, ale nie tylko. Widziałem też ludzi, którzy tu wpadli w celach towarzyskich – ot pogadać sobie z sąsiadami. Niby są za ogrodzeniem na terenie kościoła, ale zamiast się modlić, to gadają w najlepsze i się śmieją. Ot – taki koloryt.

Droga na tych terenach jest już zdecydowanie bardziej pofałdowana niż między Suwałkami a Roztoczem. W górę podjazd, i zjazd, i znowu podjazd i znowu zjazd. Płasko nie było. Oprócz tego zdarzały się drogi przez pola – na szczęście dobrze utwardzone i nierozjechane traktorami, więc dobrze się jedzie. Po drodze mijaliśmy głównie stare drewniane chaty, ale z każdym kilometrem coraz więcej odnowionych lub nowych a z pewnością bardziej zadbanych domów niż na północy kraju. Praktycznie każda chata czy dom też otoczona płotem, ogrodzeniem, co na północy widzi się zdecydowanie rzadziej. Podkarpacie.

Po drodze minęliśmy dwie drewniane cerkiewki, gdzie pierwsza w Radrużu wpisana na listę dziedzictwa UNESCO pięknie zachowana i wyeksponowana, a druga w Wólce Żmijowskiej jest zamknięta i nieczynna, co widać po pajęczynach na drzwiach wejściowych. Dojechaliśmy do miejscowości Wielkie Oczy, zrobiliśmy oczywiście wielkie oczy i pomknęliśmy dalej na Budzyń. Tutaj zmieniliśmy trochę trasę i omijając Green Velo pojechaliśmy dalej drogą asfaltową a nie lasami i polami (na które to objazdy nie mieliśmy czasu). Przez Korczową jadąc blisko granicy zauważyliśmy, że ruch graniczny praktycznie zerowy, bo przejeżdżają wyłącznie TIRy – ruch graniczny bowiem został zamknięty ze względu na Covid19 i gorsze wyniki badań naszych pobratymców Ukraińców. Zastanawialiśmy się chwilę przy znaku objazdu z powodu zamkniętego ruchu, czy dobrze robimy, ale zaryzykowaliśmy, jak się później okazało słusznie, bo rowerami udało nam się przejść przez nieukończony remontowany most. Podobna sytuacja powtórzyła się jeszcze później i również nie mieliśmy problemu przedostać się rowerami.

Kilometry leciały, słońce grzało niemiłosiernie, bo w końcu 30 stopni w cieniu, to nie w kij dmuchał. A sklepiki pozamykane. Niektóre otwierali dopiero po 12. Więc jak udało nam się w końcu dopaść otwarty sklepik w Nakle, to szczęśliwi kupiliśmy zimne picie i chwilkę odsapnęliśmy.

Za Nakłem jest dość długi odcinek polami po dość grubym szutrze. Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że wtem poczułem, że tylne koło dobija mi na każdym grubszym kamieniu. Dopompowałem koło i nie ujechałem daleko a sytuacja się powtórzyła. Zatrzymaliśmy się, Opcio obejrzał moją oponę i wypatrzył mały wbity kamyczek. Trudno… Ściągnąłem sakwy, Opcio dał rower do góry nogami, ja wygrzebałem drugą zapasową dętkę i wymieniliśmy ją. Obejrzeliśmy uprzednio dokładnie, czy to tylko jedno miejsce z dziurą. Napompowałem koło, złożyłem wszystko do kupy i już mam jechać, gdy widzę, że znowu flak. Dopompowałem i słyszymy syk przy zaworze. Znów ta sama procedura: sakwy, rower do góry kołami, ściagnięcie opony, wyjęcie dętki. Oglądam i widzę dziurkę w dętce… Na szczęście Opcio miał swoją zapasową. Tym razem po napompowaniu już było dobrze. Gdybym jechał sam, musiałbym łatać dziurę. I wtedy straciłbym nie pół godziny a całą godzinę, a czas leci. Przejechaliśmy jednak ten odcinek szutrowy już bez niespodzianek, przejechaliśmy ładną kładką i dalej już asfaltami mknęliśmy do Przemyśla.

Dojechaliśmy do drewnianego mostu dla rowerów nad rzeką San w Przemyślu o 14:15, więc tylko 15 minut później niż zakładaliśmy, więc szybciutko podjechaliśmy do restauracji w Rynku, zamówiliśmy jedzenie, trochę się odświeżyliśmy w łazience i już spokojnie – wiedzieliśmy że zdążyliśmy! Przemyskie wzgórza z niezliczoną ilością kościołów widoczne były z oddali i był to widok naprawdę przyjemny. Zahaczyliśmy jeszcze o pomnik Orląt Przemyskich.

Z Rynku do dworca głównego w Przemyślu jest bardzo blisko, więc bez pośpiechu już do niego jechaliśmy rowerami. Budynek dworca z XIX wieku ale ładnie odnowiony stanowi jedną z wizytówek tego miasta aż żal, że mój rzeszowski dworzec niegdyś wyglądający podobnie już od dawna nie wygląda jak ten w Przemyślu. Tunelem dostaliśmy się na 2 peron ale dzięki najazdom dla wózków rowerzystom jak my z ciężkimi sakwami jest trochę łatwiej. Jechaliśmy pociągiem IC Malinowski. Dobre w nim jest to, że uchwyty na rowery są trochę lepiej pomyślane i nie jest tak ciasno jak w Pendolino, ale kiepskie jest wsiadanie i wysiadanie, bo wejście jest wąskie i jeszcze 4 stopnie. Nie ma więc mowy o wejściu z rowerem z sakwami razem. Dlatego trzeba wszystko osobno ładować do pociągu. Do tego w maskach. Oj można się zsapać!

Trochę ponad godzinę później wysiadałem już w Rzeszowie. I znowu – niewygodnie wyładować rower z pociągu a do tego jeszcze dworzec w remoncie, więc bardzo wąskie chodniki do tego jeszcze zatłoczone ludźmi czekającymi by wsiąść. W efekcie nie miałem gdzie postawić rowera, by wziąć sakwy od Opcia z pociągu. Bardzo niewygodnie. Szybkie pożegnanie ze Starym Druhem i po odjeździe pociągu idę do schodów. Szukałem jakiejś rampy, albo windy by rowerem jakoś się dostać do tunelu. Nie ma. Dworzec w remoncie. Na schodach nie ma też żadnych najazdów dla wózków. Aż się zacząłem zastanawiać, w jaki sposób teraz transportują wózki i osoby niepełnosprawne? No nic – wziąłem rower z sakwami w łapy, co nie jest łatwe, bo to trochę waży i sapiąc jak hipopotam zszedłem do tunelu licząc, że może do wyjścia z tunelu będzie coś, by rower po prostu popchnąc? Nie ma. Znowu tachanie całego swojego majdanu, tym razem pod górę. Brawo PKP! Ehhhh…

Opcio jechał jeszcze chyba 2,5h do Krakowa aż wreszcie też dotarł do domu. Kąpiel, jedzenie (bo dalej byłem głodny) i wreszcie mogłem się zastanowić. Przejechaliśmy ponad 1400km. Gdyby pierwszy i ostatni dzień potraktować jako jeden, to zajęło by nam to 11 dni. Pierwszego dnia bowiem zaczęliśmy pedałować w Elblągu o 15:30 a ostatniego dnia dojechaliśmy do celu od rana do 14:15. Można by więc powiedzieć, że to jeden dzień. I to z całkiem niezłym dystansem, bo pierwszego dnia było 64km a ostatniego 92,6, czyli razem 156,6 km!

Ślad ze Stravy dzisiejszej trasy jest tutaj.

Bardzo się cieszę, że mogłem w końcu zrealizować tą wyprawę z Opciem, który mógł tylko mi dopingować cztery lata temu gdy samotnie pojechałem GreenVelo z Brzózy Królewskiej na Hel. Dlatego chciałem z nim odbyć niby tą samą drogę, a jednak w inny sposób i w innym kierunku.
DZIĘKUJĘ CI STARY ZA WSZYSTKO!

A w najbliższej przyszłości zrobię podsumowanie tej naszej wyprawy rowerowej z mapą, którą każdy z Was będzie mógł wykorzystać i podpowiedziami co warto mieć, co używaliśmy na trasie, gdzie noclegi są spoko, a gdzie lepiej się nie zatrzymywać? Gdzie jeść, a pierogów w Kodeniu, to lepiej absolutnie nie próbować! Ważne jest to, że każdy z Was może bez wielkich przygotowań wyruszyć w taką samą, bądź podobną podróż i poznawać nie tylko nasz kraj, który bogaty jest w niesamowicie różnorodny krajobraz, ale też poznać samych siebie i swoje możliwości, które niemal zawsze są większe niż nam samym się wydaje!

Dziękuję Wam za uwagę i do zobaczenia niebawem!

VLQ

2 komentarze

  1. Dziękuję Ci za świetną relację z Waszej wyprawy. Jestem pod wrażeniem z jaką pasją i determinacją pokonaliście całą trasę. Jesteście wspaniali.

Zostaw komentarz