„Bad decisions make great stories”, czyli złe decyzje tworzą świetne historie. To by się zgadzało! A właśnie ten dzień to nam udowodnił. Możemy sobie planować, coś tam sobie zakładać, a później i tak się okazuje, że wyjdzie inaczej. Całe szczęście że nic złego się nie stało a jedynie straciliśmy trochę czasu, nie zobaczyliśmy jednej wioski i na szczęście nie uszkodziliśmy skutera…
No dobra! Ale po kolei:
Wczoraj przekonaliśmy się, że co z tego, że mamy taki fajny taras z pokoju, skoro po drugiej stronie ulicy z głośników na cały regulator leci muzyka. Ciężko się gada w takim hałasie, a co dopiero mówić o relaksie na hamaku? Na szczęście zamknięcie okna balkonowego pozwala na tyle się odciąć od hałasu, że da się zasnąć. TiAmo Hostel standardem nie powala. To prawda! Łóżko może i duże, ale mniej wygodne niż u Jimmiego w Chiang Mai. Gniazdka nie trzymają wtyczek. Swoją drogą, to gniazdka są pionowe a nie poziome jak u nas i większość naszych wtyczek pasuje. Tylko że tutaj w TiAmo – dosłownie 2 gniazdka „trzymają” wtyczkę a z pozostałych wtyczki wylatują. Ponieważ mój multitool i scyzoryk przez moją omyłkę wsadzony do bagażu podręcznego wylądował w koszu na kontroli, to nie miałem nawet jak poprawić te gniazdka. Łazienka gorzej wyglądająca niż u Jimmiego, choć w podobnym stylu, czyli – nie ma kabiny prysznicowej a woda spływa kratką ściekową bez syfonu, więc śmierdzi. Za to do kibla standardowo w Tajlandii – jest mały prysznic do umycia tyłka po wszystkim. Śniadanie na dole obok recepcji na podstawie bloczka, jaki się dostaje, jeśli się wykupiło nocleg ze śniadaniem. No cóż… Kawa, tosty, dżemy i………. i w zasadzie tyle… Takie śniadanie. Coś tam więc „zjedliśmy” i poszliśmy pożyczyć skuter.
Skuter wzięliśmy zaraz obok u sąsiada. Bez eksperymentów – wzięliśmy taką samą Hondę Click jak w Chiang Mai. No i jeszcze dwa kaski. Miejsce się nazywa K Buddy Bike i mogę ich polecić! Zapłaciliśmy 200 Bahtów (25,69zł) kartą Revolut za jeden dzień, zostawiłem paszport jako kaucję i ruszyliśmy zatankować. Zatankowałem na stacji ESSO do pełna za 110 Bahtów (14,13zł) i ruszyliśmy w drogę.


W okolicach Chiang Rai zdecydowanie więcej jest górek i pagórków niż w Chiang Mai. Jechaliśmy oglądając prowincję, wioski, domy, obejścia, pola ryżowe. Sporo nagraliśmy kamerą, więc będziecie mieli możliwość obejrzeć to, gdy już zmontuję filmy na YouTube. Droga była prosta, dobrze oznakowana, a my gdy już minęliśmy rogatki miasta odetchnęliśmy z ulgą i później już całkiem zapomnieliśmy, że w zasadzie, jak nas policja zatrzyma, to znowu dostaniemy mandat, bo tamten z Chiang Mai tak jakby „stracił swoją moc”, bo 3 dni minęły. Poza tym, to przecież inny rejon. Na szczęście nikt nas nie zatrzymał tego dnia. Co prawda, przeoczyłem drogowskaz na plantację herbaty, ale szybko się zreflektowałem, zawróciłem i w końcu po ponad 40 km dojechaliśmy do Choui Fong – Plantacji Herbaty.
Choui Fong – plantacja herbaty
Cały teren jest ogrodzony, jest okazała brama wjazdowa i już z daleka widać, że to plantacja, bo pięknie równiutko porośnięte odpowiednio przystrzyżonymi rzędami krzaczków herbaty pagórki rzucają się w oczy. By dojechać na szczyt gdzie jest główny budynek dla zwiedzających plantację turystów, trzeba było zmusić skuter do wysiłku. Zresztą – nie tylko skuter wył tutaj niemiłosiernie, ale i samochody osobowe z turystami, którzy chcieli wyjechać jak najwyżej również. Na terenie plantacji są dwa miejsca w których przebywają turyści – w jednym można zaparkować samochód bądź skuter i jest tam restauracyjka oraz taras widokowy. Do drugiego miejsca trzeba się wspiąć albo drogą asfaltową, albo tak jak my – schodkami pomiędzy rzędami krzaków herbacianych. Widoki naprawdę cieszą oko. Kolorami, piękną kompozycją terenu i chyba co najważniejsze – PORZĄDKIEM. Wszystko jak od kreseczki – nie ma tutaj miejsca na przypadek, bądź jakąkolwiek nonszalancję bądź zaniedbanie. Jeśli coś tam jest – to tak było zaplanowane i dlatego to tam jest.








W drugim budynku oprócz restauracji jest jeszcze sklep z wyrobami plantacji Choui Fong. Różne gatunki herbaty czarnej, zielonej, o różnych aromatach, kosmetyki z herbatą, różne suweniry z herbatą. Ceny jednak na tyle wysokie, że pozostaliśmy przy herbacie jaką kupiłem na nocnym targu ulicznym w Chiang Rai i którą to herbatę pijamy do dziś – LEMONGRASS TEA. Zielona herbata o pięknym aromacie trawy cytrynowej. Wygląda jak małe ziarenka pieprzu. Po zaparzeniu liście się rozwijają i okazuje się, że to tak właśnie uformowane całe liście herbaty. Pyszna! A my usiedliśmy na chwilkę w kawiarni na tarasie widokowym i zamówiliśmy tutejsze specjały, czyli lody o smaku zielonej herbaty, zieloną tutejszą herbatę (przepyszna) oraz ciasto naleśnikowe z zieloną herbatą. Ciasto ciekawe, bo składające się chyba ze czterdziestu cieniutkich naleśników poprzekładanych delikatnym kremem śmietankowym z delikatnym smakiem herbaty zielonej. Restauracja i tarasy widokowe zaś, to wspaniały przykład jak można połączyć ModernArt z widokami kojarzącymi się raczej z tradycyjnymi budowlami. Fajnie by było mieć takie miejsce jak Choui Fong w moich okolicach. Wpadałbym co jakiś czas na herbatkę, deser i by pospacerować pomiędzy krzaczkami, nacieszyć oko. To bardzo nieoczywista forma rozrywki i szczerze mnie to pozytywnie zaskoczyło.



Mae Salong – Santikhiri
Wskoczyliśmy na skuter i ruszyli w dalszą drogę. Chcieliśmy dotrzeć do wioski ludu Yunnan, która to powinna być stosunkowo blisko od plantacji. Chodzi o odrębną grupę etniczną uchodźców chińskich – lud Yunnanni, którzy osiedlili się w rejonie złotego trójkąta słynącego z uprawy opium (i to jeszcze nie tak dawno). Patka sprawdziła w Trip Advisor, że wioska nazywa się Mae Salong. Ja wpisałem w mapy google i zadowoleni z siebie ruszyliśmy skuterem. Teren jest naprawdę mocno górzysty. Dość powiedzieć, że nasz skuter męczył się z tymi górami. W pewnym momencie, gdy nawigacja pokazywała dosłownie kilka kilometrów do celu, musieliśmy zjechać z głównej drogi. Droga stopniowo robiła się coraz gorsza, ale póki jeszcze jechaliśmy asfaltem, było spoko. Ot przygoda! Ja jednak zaniepokojony tym, że być może nawigacja pokazuje niepotrzebnie jakiś dziki skrót (co czasem nawigacji się zdarza), postanowiłem zawrócić zwłaszcza, że nie miałem zasięgu. Wróciłem do głównej trasy. Próbowaliśmy dowiedzieć się od kogokolwiek, czy to dobra droga, czy też trzeba jakoś inaczej do Mae Salong jechać. Niestety – tylko dwóch młodzieńców na odczepne machnęli nam rękoma pokazując główną drogę a nie zjazd z niej jak pokazywała nawigacja. Inni kompletnie nas nie rozumieli, albo w ogóle nie reagowali. Pojechaliśmy główną trasą, bo zasięgu nie było i nie mieliśmy jak sprawdzić, czy nawigacja pokazuje dobrze czy źle.
Pojechaliśmy główną drogą – a tu takie góry że ho ho! A zasięgu nadal nie ma. Ujechaliśmy dobre kilka kilometrów więc teoretycznie zgodnie z tym co nawigacja pokazywała, powinniśmy być dawno u celu. A tu nic. Żadnej wioski – tylko góry. I zasięgu też nie ma. Gdy go na chwilkę złapałem, nawigacja zaczęła wariować, a to kazała mi jechać dalej, a to kazała wracać. Wróciłem do skrętu z głównej trasy i ponieważ o dziwo złapałem zasięg zobaczyłem, że nawigacja pokazuje że właśnie tu mam skręcić i jechać. No to jedziemy. Znowu to samo – asfalt coraz gorszy, aż w końcu się skończył. Jedziemy ubitą drogą. Patka zaczyna się głośno martwić. Droga coraz bardziej się zwęża, aż w końcu staje się przecinką przez pola i góry. Nawigacja pokazuje, że spoko – właśnie dobrze jedziesz! Patka tymczasem na tych wybojach zaczyna delikatnie panikować i się denerwuje. Ja coraz bardziej martwię się o skuter, który kompletnie nie jest przystosowany do takiego off-roadu. Opony ma kompletnie nieterenowe. Przy każdej dziurze w drodze coś coraz głośniej zaczyna rzęzić. Patka zaczyna się już ostro wkurzać. Zatrzymujemy się na wzniesieniu widząc jakiegoś tubylca mijającego nas na skuterze. Zatrzymujemy go i pytamy, czy dobrze jedziemy do Mae Salong? Dziadek coś gada po tajsku, kręci głową i pokazuje nam, żebyśmy wracali. Chwilę ochłonęliśmy i podjąłem decyzję, by spróbować jeszcze dalej. No dalej to już był całkiem hardcore. Tajska wieś w pełnej krasie – przepiękne widoczki dokładnie jak z „Apocalypse Now” – rozkosz dla oczu. No ale przede mną i pod skuterem dramat! Balansowałem, dwoiłem się i troiłem, żeby utrzymać równowagę i się nie wywrócić. W tym wszystkim a to ostro w górę, to znowu w dół, więc musiałem robić co się da, żeby nie spalić hamulców (w końcu to automat – ciężko hamować silnikiem). Patka się rozkleiła. Wiedziałem że jest na skraju płaczu, więc skoro powiedziała, że ona absolutnie nie chce jechać i chce iść pieszo, to poszła, ja pojechałem sam pod ostrą górkę i prawdę mówiąc ledwo utrzymałem równowagę. Ale wyjechałem. Na szczycie okazało się, że oprócz przepięknego widoku, żadnych zabudów to w sumie nie ma dalej żadnej wioski, a nawigacja coś tam pokazuje, ale to już nie ma sensu, bo ostatnie pół kilometra nawigacja pokazuje, że powinniśmy przejść pieszo i to chyba przez rzekę. GAME OVER. Wracamy. Najgorszy odcinek Patka przeszła pieszo, a później dzielnie wsiadła i pojechała ze mną mimo iż wiem, jak bardzo była tą drogą przerażona. I nie ma się jej co dziwić. Na filmie to wszystko będzie widać.

Teraz już z perspektywy czasu wiem, co poszło źle. Po prostu Tajowie zmienili nazwę tej wioski na Santikhiri i dopiero jak się to wpisze w mapach google, jest widoczne miejsce które się nazywa doi mae salong coffee. Można też wpisać Wat Santikhiri. Na pewno jednak wioska oddalona jest o 32 km od plantacji herbaty a nie 17km jak nam się wydawało. Trudno! Nie wypiliśmy tej dobrej kawy, ani nie mieliśmy możliwości zjeść tego pysznego jedzenia z którego wioska słynie. Może kiedyś?
Jednak mimo straconego czasu na poszukiwanie drogi do wioski ludu Yunnanni a może właśnie dzięki temu, że nie pojechaliśmy ponad 30 km więcej, udało nam się dotrzeć w drodze powrotnej do Białej Świątyni na obrzeżach Chiang Rai. Zanim jednak tam dojechaliśmy, posililiśmy się chyba najpyszniejszymi ananasami jakie jadłem w życiu. Przy drodze na straganie Pani siedziała i pięknie przycinała małe ananaski. Te najmniejsze ananasy są tak słodkie, soczyste i aromatyczne, że to naprawdę ciężko opisać!

Wat Rong Khun
Znany powszechnie jako „White Temple” czyli Biała Świątynia. To naprawdę wyjątkowe miejsce. Dla mnie, to taki tajski, buddyjski Disneyland. Twórcą tego miejsca i właścicielem jest Chalermchai Kositpipat. Zaopiekował się on zaniedbaną białą świątynią i z własnych funduszy według całkowicie swojego projektu stworzył coś wyjątkowego. Świątynia ta otwarta jest od 1997 roku a jej budowa się nie skończyła i jak zapowiada twórca – nie skończy się przed 2070 rokiem. Świątynia składa się z mostu „cykl ponownych narodzin”, głównego budynku świątynnego – ubosotu oraz złotego budynku, gdzie są toalety.

By dojść do ubosotu, trzeba przejść przez most nad małym sztucznym jeziorkiem. Przed wejściem na most widać po obu stronach ścieżki setki wyciągniętych dłoni symbolizujących niespełnione żądze i pragnienia. Pomiędzy tymi rękoma widać w głębi wykrzywione w grymasie bólu twarze. Co bardziej spostrzegawczy dojrzą również i inne członki niż ręce 🙂 Most zaś symbolizuje, że droga do szczęścia prowadzi poprzez rezygnację z pokus. Po przejściu przez most dochodzimy do „Wrót Niebios” pilnowanych przez dwie postacie – Śmierci i Rahu, które decydują o losie zmarłych.











W środku ubosotu nie wolno robić zdjęć a szkoda, bo to co tam jest namalowane na wewnętrznych ścianach, to szaleństwo! Wyobraźcie sobie pomieszanie buddyjskiej estetyki z żółto pomarańczowym kolorem płomieni i sporo nawiązań do symboli popkultury. Na przykład – tańczący Michael Jackson, Neo z Matrixa, Freddie Krueger, T-800 Terminator. To wszystko pomieszane z grzybem wybuchu jądrowego, płonącymi wieżami WTC, Harry Potter, Superman i Hello Kitty. Podobno ma to symbolizować, że ludzie są pokręceni…

Po przejściu przez ubosot dochodzimy do ciekawych jakby drzewek i takiego daszku nad chodnikiem, które są wykonane z ogromnej ilości listków z życzeniami, które można (oczywiście) kupić i powiesić. Biała Świątynia symbolizuje duszę, a z kolei złoty budynek symbolizuje ciało. Może dlatego w tym budynku są toalety? W każdym razie nawet na drzewach wiszą czerepy różnych postaci znanych z popkultury – Wolverine, Batman, Iron Man… Na koniec strzeliłem sobie fotę z jakimś kolorowym gościem, którego nie jestem pewien skąd kojarzę 🙂






Pojechaliśmy do Chaing Rai, bo głodni strasznie i chcieliśmy oddać skuter jeszcze dzisiaj. Po drodze naszą uwagę przyciągnął widoczny z dużej odległości ogromny pomnik Buddy w stylu chińsko-lanna i ogromnej 9-poziomowej chedi. My jednak postanowiliśmy jechać dalej.

W oko wpadła nam kawiarnia o wdzięcznej nazwie Cat’N’Cup czyli Kot i Kubek lub Kot w Kubku – jak kto woli. Miejsce w którym oprócz kawy ma się zapewnione towarzystwo kocich futrzaków, które za nic mają, że miejsca siedzące powinny być dla gości. Ot – ciekawostka!



A już w następnej relacji – będziemy jechali na pace pickupa – prawie jak w Azja Express i będziemy chodzić z przewodnikiem w małej grupie po dżungli, górach, wioskach. Będziemy robić obiad w środku dżungli w bambusach na ognisku. Generalnie – spędzać bodaj najbardziej pamiętny dzień podczas naszego pobytu w Tajlandii!
