Obudziłem się i już odruchowo najpierw sprawdzałem, czy pada i czy namiot jest suchy. Na szczęście był suchy i nie zapowiadało się, żeby miało padać. Nawet wiatr nie dął jak wczoraj. Poranna toaleta, kawa, ostatni jogurt jaki został z zapasów jedzenia, przygotowanie izotonika do jednego bidonu, drugi umyłem, by napełnić go przed 12 godzinną podróżą pociągiem. Sprawnie się spakowałem i ruszyłem na dworzec. Wskoczyłem na plażę obok kempingu, by zrobić pamiątkowe zdjęcia przy pięknej pogodzie. Szkoda że wczoraj takiej nie było!

10 min później już na dworcu zdecydowałem się, że śniadanie dzisiaj będzie francuskie we francuskiej kawiarence na dworcu. La Bagette się nazywa. Bardzo smaczna duża kawa, jajka sadzone z bekonem, przepyszne pieczywo wypiekane na miejscu (bo to jest też piekarnia), trochę pomidorów i ogórków oraz roszponka. Myślałem, że się nie najem, a jednak było akurat tak, jak potrzebowałem na rozruch. Kupiłem jeszcze kanapkę i drożdżówkę oraz picie na podróż. Stanąłem na peronie o 9:30. O 9:59 miał być mój pociąg.

10 min przed godziną przyjazdu mojego pociągu IC Artus słyszę komunikat. Staram się zrozumieć, co kobiecy głos próbuje zaanonsować, ale niestety nic nie pojmuję. Chwilę później na wyświetlaczu na peronie, gdzie wyświetlany był mój pociąg i godzina jego przyjazdu, nastąpiła zmiana i pojawił się pociąg do Wiednia o godzinie 10:20. Zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmienili peronu. Ale znów słyszę komunikat. Stoję pod głośnikiem w nadziei, że coś zrozumiem. Dolatuje do mnie tylko, że pociąg pośpieszny, opóźnienie około 30 minut, przepraszamy… Pytam się kilku osób, czy zrozumiały może ten komunikat? Ukrainka odpowiedziała, że „ja nie rozumieju”, chłopak miał słuchawki na uszach i zrobił wielkie oczy, że był jakiś komunikat, a starsze małżeństwo z uśmiechem odpowiedziało „panie, a kto te komunikaty zrozumie?”. Lipa. Pamiętacie jak w jednym filmie Barei babka brała pieroga do ust i przeżuwając go zaczynała mówić komunikat na dworcu? To dokładnie tak było słychać te komunikaty teraz…
Czekam dalej w nadziei, że dalekobieżne w Sopocie na dworcu centralnym są puszczane tylko na drugim peronie, bo z tego co zaobserwowałem, na pierwszym stają tylko te lokalne, krótkoodcinkowe. Po kolejnym komunikacie, miałem już pewność, że mój się spóźnia i to już o ponad 40 minut. Kiepsko. Zacząłem się zastanawiać, jak to jest możliwe, że pociąg startujący z Helu i mający do Sobotu rzut beretem ma już takie opóźnienie? Przecież to nielogiczne. Dlaczego?

Po prawie godzinie opóźnienia w końcu mój pociąg wtacza się na peron. W komunikacie poszło, co o dziwo zrozumiałem, że mój wagon 16 znajduje się w środku składu. Dobrze stanąłem, więc nie musiałem biegać (jak to często jest widoczne na polskich peronach) wzdłuż peronu, by trafić do swojego wagonu przy krótkim postoju pociągu. Władowałem najpierw sakwy, później rower i z zadowoleniem stwierdziłem, że jest przedział rowerowy z chyba 10 hakami na rowery. Wiedząc, że jadę praktycznie do końca kursu pociągu, powiesiłem rower na pierwszym uchwycie. Ze zdziwieniem odnotowałem, że jest zamknięcie na szyfr na przednie koło. Doskonała rzecz. Problem tylko w tym, że akurat na moim haku szyfr zablokowany… Zapiąłem linką rower, wziąłem sakwy by usiąść w przedziale osobowym otwartym. Sakwy na półkę górną – hop i mogę jechać.
W Gdańsku gdy już kilku rowerzystów założyło na hakach swoje rowery, widzę przez szybkę między przedziałami, że jakaś starsza kobieta strasznie się rozpycha między wiszącymi rowerami i siłuje ze swoim. Siedzę w pierwszym rzędzie przy rozsuwanych drzwiach do przedziału rowerowego. Nagle rozsuwają się drzwi i ta kobita zaczyna niemal krzycząc: CZY TEN POCIĄG JEDZIE DO POZNANIA? Nikt nie odpowiada, a ja skonsternowany zastanawiam się, czy to ona się pomyliła, czy ja. Nie wierzę w to, że mój pociąg jadący z Trójmiasta będzie leciał przez Poznań do Rzeszowa i z końcem w Przemyślu… Wstałem więc i pokazałem kobicie na ścianie w przedziale rowerowym kartkę z rozpiską stacji tego pociągu (bo sama tego nie zobaczyła) i wskazuję… Poznań… O rany! Ten pociąg jedzie, jakby chciał rozwieźć albo pozbierać ludzi praktycznie z całej Polski… Po Poznaniu, jedzie jeszcze przez Wrocław, później Katowice, Kraków i Rzeszów. Oczywiście mnóstwo pomniejszych miast po drodze. Teraz zaczynam rozumieć, dlaczego moja podróż trwać będzie cały dzień. Planowo 11h15min. A jest już opóźniony ten pociąg o niemal godzinę…
Tymczasem zauważam krzyże. Na rowerze, sakwach, dyndający drewniany na rzemyku na szyi – u tej właśnie głośnej kobity. Pomógłby pan! Rzuciła dość ostro do mnie siłując się ze swoim rowerem. Poprosiłaby pani… odpowiedziałem chwytając za kierownicę. Podwiesiłem jej rower na haku. Bóg zapłać! No tak… Po co zwyczajnie podziękować, jak można to zwalić na Boga. Usiadłem na swoim siedzeniu, założyłem słuchawki i zatopiłem się w Iluzjoniście Mroza (audiobooku). Gapię się na mijające w szybkim tempie budynki, gdy czuję zdecydowany dotyk na prawej ręce. Dewota. Coś do mnie gada. Ściągam słuchawki. Czy to miejsce jest wolne? Pyta wskazując na fotel obok mnie, na którym wyciągnąłem swoje nogi. Hmmm… No tak… Odpowiedziałem odwracając się w kierunku okna. Coś mnie tknęło. Wstałem i wziąłem z półki na górze picie ukradkiem rzucając okiem na przedział. W środku 3/4 miejsc jest puste. Nawet oba siedzenia za mną są wolne. A dewota musi akurat koło mnie usiąść? No nic. Jestem dobrze wychowany. Nie jestem ani gburem, ani asertywnym chamem. Jedziemy. Po jakimś czasie poczułem delikatny dotyk na prawym przedramieniu. Gada coś do mnie. Zatrzymuję audiobooka, ściągam słuchawki, a ta zaczyna do mnie słowotok: „piękny pociąg! A pogoda jaka piękna! Bóg dał! Dobrze że są jeszcze tacy mili ludzie jak pan… W Jezusa Pan wierzy? Bo ja tak. Bardzo. Gdybym w niego nie wierzyła, nie dałabym rady na pielgrzymce. Ale on czuwał nade mną. Błogosławiony dzień! Pan uwierzy, że ja mimo wieku tak sama zdecydowałam się jechać tym pociągiem w drogę powrotną? Ale to Jezus. On czuwa. Czuwa cały czas… A pan, to z daleka? Pewnie dużo pan przejechał. Ja niedużo. Ale Jezus mi dał znać, że tyle wystarczy”… Monolog. Próbowałem w trakcie powiedzieć jej, że „proszę wybaczyć, ale oderwała mnie pani od słuchania książki i chciałbym się jeśli to możliwe trochę przespać”, ale nie miałem szans. Strzelała jak z karabinu maszynowego nie robiąc praktycznie przerw na oddech. Pokazałem więc dłonią gest typu „stop”, odwróciłem się i założyłem słuchawki. Po jakimś czasie odwróciłem wzrok od okna i zobaczyłem, że kobita dość sprawnie jak na jej wiek (na oko grubo po 70-ce) w dość dużym smartfonie dłubie i dłubie, aż wyświetliła jakąś modlitwę, wyciągnęła różaniec i dawaj się modlić. Spoko. Przynajmniej sobie z kimś innym „pogada”.
Zatrzymujemy się na stacji. Władowało się znów kilku rowerzystów, zajmując już niemal wszystkie pozostałe haki. Zajęli swoje miejsca. Już myślałem, że odjedziemy, gdy widzę przez okienko, jak jakiś starszy jegomość siłuje się z rowerem próbując go wepchnąć na pokład. W końcu mu się to udało. Wyszedł i wpycha na pokład… przyczepkę! Drzwi wagonu się zamknęły, pociąg ruszył. Dziadek bujając się próbuje się przepchnąć pomiędzy wiszącymi rowerami, by wepchnąć na chyba ostatni wolny hak swój rower. Robi to strasznie gwałtownie, obijając wszystko w zasięgu swojego roweru. Zaniepokoiłem się, że jak będzie tak się szarpał, to urwie coś w moim rowerze, na przykład linkę od hamulca hydraulicznego i będę miał kuku. Wstałem, kiwnąłem dewocie w transie, że chcę wyjść, więc może by kopytka przestawiła na bok i wlazłem pomiędzy rowery. Może panu pomogę? Nieeeee. Odpowiedział, próbując podnieść przednie koło i nie mogąc go unieść. Zaczął się szarpać. Chwila! Moment! Krzyknąłem. Pourywasz pan linki w moim i sąsiednim rowerze i je poobijasz. Daj mi pan pomóc, to podwieszę rower. Dał. Podwiesiłem bez wysiłku. Przyjrzałem się jego rowerowi. Stary poobijany MTB z przerobionym napędem na elektryczny. Jedna duża bateria zapięta na bagażniku i druga przypięta do ramy. Rower sporo ważył. Zobaczyłem przyczepkę leżącą w wąskim przejściu od wejścia do wagonu, przejścia do sąsiedniego Warsa i przed wejściem do toalety. Blokuje ruch. Spytałem, czy może mu pomóc przesunąć tą przyczepkę pod rowery, bo blokuje ruch. Nie, bo będę miał problem przy wysiadaniu. Ale ludzie będą się o tę przyczepkę potykać i mieć problem wejść do wagonu. To ich problem. No tak… Panie, spokojnie, nie nerwowo… Popatrzyłem na niego. Czerwona od wysiłku spocona twarz starszego gościa… Jak nie nerwowo? Ja ponad 3 tysiące kilometrów zrobiłem! OOO to dużo. Odpowiedziałem. A gdzie to pan tyle zrobił? Po naszym wybrzeżu… Zdusiłem w sobie parsknięcie śmiechem… Odwróciłem się i poszedłem do Warsa sprawdzić, co mają i po ile?
Ze Świnoujścia do Sopotu przejechałem 453 kilometry. Zadałem sobie pytanie: ile razy musiałby facet przejechać dokładnie wzdłuż wybrzeża, by nabić 3000 kilometrów? Dokładnie wzdłuż wybrzeża ze Świnoujścia do Helu, później przez Puck, Gdańsk do Krynicy Morskiej na mierzei wiślanej i dalej aż do Tolkmicka i Nowej Pasłęki na końcu wybrzeża Zalewu Wiślanego jest 665km… Ściemnia stary dziad, albo przejechał to wszystko 4,5 razy 😀
W Warsie ceny zupełnie normalne, pierogi, żurek, rosół, schabowy na jednorazowych tackach z plastikowymi sztućcami, ale jedzenie wyglądało normalnie. Wiedziałem, że jak bardzo zgłodnieję, wpadnę tutaj później.
Przebudziłem się na swoim siedzeniu, gdy usłyszałem wrzaski. To ludzie tłoczący się w przedziale rowerowym próbujący przejść ze swoimi dużymi walizkami i inni próbujący wsiąść do wagonu. Oczywiście winna była przyczepka pana starszego. Darli się wszyscy – dziadek i ludzie z walizkami. Przyszedł konduktor i zaczął się drzeć na wszystkich do kupy. Przysnąłem znowu. Budzi mnie gwałtowne potrząsanie za rękę. Otwieram oczy i widzę obszerną w swych kształtach konduktorkę. Bilet! Bilet! Wziąłem telefon, otworzyłem aplikację i dałem jej kod QR. Zeskanowała i obróciła się do sąsiedniego rzędu z miną, jakby połknęła coś kwaśnego. Przyglądałem się temu indywiduum, bo ciekaw byłem, jak się przeciśnie między fotelami w tym dość wąskim korytarzu w przedziale? Bokiem. Ocierając się zadem o fotele i ramiona siedzących pasażerów. Terepała każdym, kto spał. Zastanawia mnie, czy takie gwałtowne naruszanie spokoju pasażerów, to norma w PKP? Na odpowiedź nie musiałem długo czekać, bo za Krakowem uderzenie w ramię. Akcja – reakcja. Tak trenujemy na boksie. Szkoda że nie zobaczyliście wyrazu twarzy tego starszego chudego konduktora, gdy po jego uderzeniu mnie w ramię zerwałem się na równe nogi z pięścią w kierunku niego. Wyrwał mnie ze snu. Nie wiedziałem co się dzieje, a takie trzepnięcie sprawiło, że zająłem od razu pozycję obronną z gotowością do ataku! Eee… Bilet pan ma? Mam. A mogę prosić? Tak. Podałem mu kod QR w telefonie. Zeskanował i podziękował. Każdego pan tak trzepie gdy śpi? Spytałem. Przepraszam, powiedział. Lepiej niech pan tak nie robi. Odparłem.
Lata lecą, a w PKP nic się nie zmienia (opóźnienia pociągów), albo następuje degradacja (stosunek obsługi do pasażerów). Nie jeżdżę kolejami zbyt często, ale to, że mamy nowe pociągi, tory są zmieniane i dzięki temu pociągi mogą jechać szybciej, nowe dworce, aplikacja w smartfonie do kupienia biletu wcale nie powoduje, że w ogólnej ocenie można koleje pochwalić. Psuje ten obraz niestety fakt, że pociągi nadal nie dojeżdżają na czas, a konduktorzy zamiast jak niegdyś głośno się przywitać i poprosić o bilety do kontroli, naruszają przestrzeń osobistą traktując pasażerów jak nieproszonych gości, albo pijanych gości, którym należy się bezobcesowe traktowanie.
Miałem dojechać do Rzeszowa o 21:25. Dojechałem przed 23. Byłem głodny, a o tej porze w czwartek w Rzeszowie zbyt wielkiego wyboru już nie ma. Podjechałem więc na Grunwaldzką do Davis kebab. Zamówiłem małego kebaba w tortilli. 11 zł! Był wielkości tego dużego w Karwi. Duży w Karwi kosztował 28,90 zł. CO POSZŁO NIE TAK??? Dlaczego na wybrzeżu jest aż taka różnica w cenach? Zbyt duża w moim odczuciu. To jest ponad dwa i pół razy wyższa cena. Pojechałem do domu. Szczęśliwy, że mogę się wreszcie wykąpać we własnym komfortowym prysznicu z deszczownią w odpowiednio ciepłej wodzie i wysłać w swoim wygodnym łóżku, zasnąłem…
PODSUMOWUJĄC:
By dojechać do Szczecina w pełnym składzie, czyli z dwoma Tomkami i Żelem, potrzebowaliśmy pokonać łącznie 487km.
W Szczecinie odłączył się od nas Tomek i wrócił do Warszawy, a ja z drugim Tomkiem i Żelem razem pojechaliśmy ze Świnoujścia (do którego ze względu na pogodę podjechaliśmy pociągiem ze Szczecina) do Kołobrzegu. Przejechaliśmy we trzech do Kołobrzegu 121,2 km na pełnym relaksie, często odpoczywając na plażach i korzystając z okienka pogodowego.
W Kołobrzegu pożegnałem Chłopaków, którzy wrócili pociągiem do Warszawy i ruszyłem sam dojeżdżając do Sopotu. Pokonałem sam licząc też dojazdy na dworzec i z dworca do domu 331,73 km.
Przejechałem więc szlak „Odra – Nysa” z Liberca do (powiedzmy) Świnoujścia i później ze Świnoujścia do Sopotu szlakiem (głównie) EuroVelo R10 łącznie 940 km. Zajęło mi to 12 dni.
Nie jest to dużo jak na moje możliwości, jednak zgodnie z moją decyzją z ubiegłorocznego wyjazdu, w tym roku chciałem wyprawę zrealizować absolutnie bez spinania się o dystans, tempo i długie codzienne etapy. Chciałem w tym roku po prostu przebyć wydumaną przeze mnie drogę na totalnym relaksie, mieć czas na zwiedzanie (co nie do końca mi się udało zrealizować), czas na relaks, opalanie się, byczenie na plaży (co mi się nawet udało mimo niesprzyjającej pogody).
Oprócz tego, tegoroczną wyprawę w dużej mierze przebywałem wraz z Kompanami. Nie byłem pewny, czy się to uda, bo nie znałem Chłopaków i dotychczas tylko dwukrotnie jechałem wyłącznie w towarzystwie najbliższego mi Przyjaciela – Opcia. W każdym innym wyjeździe, byłem zdany wyłącznie na siebie i wcale nie było mi z tym źle. Po powrocie, spotykani znajomi najczęściej pytali się mnie, czy było mi lepiej w towarzystwie, czy samotnie na wyprawach? JEST INACZEJ. Ciężko jest jednoznacznie mi odpowiedzieć na takie pytanie, bo w towarzystwie w pewnych aspektach jest lepiej, bezpieczniej, można liczyć na pomoc kompanów (jak wtedy, gdy Tomek miał pęsetę do wyjęcia kleszcza!), ale też trzeba się do grupy dopasować. Gdy jadę samotnie, wszystkie decyzje podejmuję sam na podstawie tego co się w danej chwili dzieje – z pogodą, trasą, noclegiem, ale też moim ciałem i samopoczuciem, czy jedzeniem. Jednak w sytuacjach trudnych, niebezpiecznych – jestem zdany absolutnie na siebie. To może być trudne zwłaszcza za granicą, bądź w miejscach, gdzie nie ma ludzi ani zasięgu komórki.
Ta wyprawa dała mi możliwość porównania dwóch szlaków – niemieckiego wzdłuż granicy z Polską i polskiego wzdłuż wybrzeża. Mogę powiedzieć, że różnice są znaczne. Niemal cały szlak Odra – Nysa jest zrealizowany w ten sam sposób. Na wale przeciwpowodziowym rzek Niemcy wykonali równą jak stół nawierzchnię asfaltową. Ciężko by było wskazać jakikolwiek fragment szlaku, który miał mankamenty. Perfekcja. Asfaltowy szlak w wielu fragmentach był o wiele szerszy niż potrzeba i z pewnością szerszy niż spotyka się to w Polsce. Infrastruktura turystyczna w Niemczech jest naprawdę bardzo dobra. Sporo knajpek, barów, wiat w których można się schronić przed deszczem, czy po prostu usiąść i zjeść czy odpocząć. Bardzo dobre kempingi. Zaskakujące było, że w Niemczech najczęściej trzeba płacić gotówką. „Nur geld”, to najczęstsza odpowiedź, gdy pytałem o płatność kartą. Czasem się zdarzało, że w odpowiedzi słyszałem, że kartą mogę zapłacić przy rachunku powyżej 12 czy 22 Euro. Ceny kempingów były między 8 a 12 EUR i uwierzcie mi, że nawet jak na polskie ceny, to były dla mnie zaskakująco niskie ceny, zwłaszcza porównując je do tego co mnie spotkało w ubiegłym roku we Włoszech, Szwajcarii, czy przede wszystkim we Francji (absurdalnie drogie kempingi). W ogóle jeśli sądzicie, że w Niemczech jest drogo, to ja się przekonałem, że jest to nieprawda.
Zaskoczyły mnie ceny w Polsce. Zwłaszcza ceny jedzenia w barach i restauracjach na trasie, ale przede wszystkim kempingów a zwłaszcza pokoi w kwaterach prywatnych nad morzem. 160-200 zł za noc za osobę, to moim zdaniem gruba przesada. Za kemping w Kołobrzegu (zatłoczony) wołano 50 zł za osobę. Ciężko jest jednak porównać taki polski kemping do tych, w których się zatrzymałem w Niemczech, bo polski jest po prostu o kilka klas gorszy.
Jeśli zaś chodzi o szlak EuroVelo R10, to ma on odcinki, którymi jedzie się bardzo przyjemnie. Niestety jednak podobnie, jak Green Velo, patrząc na całokształt, nie jest tak dobrze i wygodnie jak w Niemczech. Są odcinki kiepskie, gdy betonowe płyty powodują niszczenie rowerów, sakw i drętwienie rąk, jest sporo odcinków „drogi utwardzonej”, są też odcinki, gdy szlak puszczony jest normalną drogą publiczną. Owszem o małym natężeniu ruchu, ale jednak jeżdżą po niej różni kierowcy. Również tacy, którzy mijają rowerzystów ze zbyt małym dystansem. To ryzykowne i głupie ze strony takich prowadzących samochody. I na koniec, niestety są też odcinki, którymi absolutnie nie powinien być taki szlak rowerowy puszczony! Piaszczyste, grząskie ścieżki przez las, czy pola, czy deptaki z ogromną ilością turystów. Projektanci R10 nie wzięli pod uwagę, że takim długodystansowym szlakiem będą jeździć nie tylko wytrawni sakwiarze, ale również rodziny z małymi dziećmi, objuczeni w 6 sakw globtroterzy, którzy mają przekichane w takich piaskach oraz ludzie, którzy jeżdżą z dziećmi w przyczepkach rowerowych. Ta ostatnia grupa ma najbardziej przekichane, bo w wielu wielu miejscach ścieżka jest zbyt wąska, trawa nie jest koszona, a już na piaskach po prostu siąść i płakać.
Żeby nie wyjść wyłącznie na krytyka, muszę dodać jeden bardzo istotny temat. Szlak R10 biegnący przez polskie wybrzeże biegnie przez przepiękne tereny. W Niemczech również było co oglądać, ale jednak przyroda, bliski z nią kontakt lepiej odbierałem i nie tylko ja w Polsce. Brazylijczyk spotkany na trasie powiedział wprost, że właśnie tą polską przyrodą jest absolutnie zachwycony! I ja się z tym w 100% zgadzam.
Skąd więc bierze się ta różnica w jakości samych szlaków w Polsce i w Niemczech? Podejrzewam, że przede wszystkim z tego, że widać jest gołym okiem, że w Niemczech do realizacji szlaku Odra – Nysa ktoś podszedł całościowo. Ustalone zostały jednolite zasady realizacji tego szlaku. I mimo, że biegnie on przez kilka landów, to nie widać, patrząc na szlak, różnic. W przypadku polskich szlaków rowerowych, tak R10 jak i Green Velo, widać te różnice gołym okiem. Wynika to z tego, że każde województwo, a często nawet każdy powiat, czy gmina realizowały ten duży projekt szlaku rowerowego „po swojemu”. Stąd w zachodniopomorskim szlak wygląda inaczej niż w pomorskim, albo na Podkarpaciu zupełnie inaczej niż na Podlasiu. Tu kostka brukowa, tam asfalt, tu ścieżka przez las nawet nieutwardzona, tam droga pamiętająca kładzenie jej nawierzchni w latach 70-tych. W jednym powiecie są toi toie, w drugim nie ma nawet wiaty. Niejednolitość, różne warunki realizacji jednego projektu. A infrastruktury przy szlaku w Polsce nawet mi się nie chce porównywać do niemieckiej. Po prostu nie ma czego porównywać. Widząc baner w Kołobrzegu, że miasto bierze udział w konkursie o tytuł „Rowerowej Stolicy Polski”, parskaliśmy śmiechem raz po raz widząc a to kończącą się nagle i bez ostrzeżenia ścieżkę rowerową, a to najazdy (krawężniki) na skrzyżowaniach na ścieżce rowerowej, gdzie dwukrotnie tak mi rower podskakiwał, że sakwa się wypinała z bagażnika, ale już hitem była kładka nad torami, na którą nie wolno wjechać windą z rowerem i informacja, że jeśli to zrobię, mogę zapłacić karę, bo winda jest monitorowana, tylko muszę wpychać rower po najazdach dla wózków, ewentualnie tachać rower na plecach wraz z sakwami. I tak to w Polsce wygląda. Mamy to co mamy, ale Public Relations i aspiracje wielkie.
Jeszcze raz dziękuję Chłopakom – Tomkom i Arturowi za możliwość przebycia drogi w Waszym Towarzystwie!
Cieszę się ze spotkanych na drodze osób. Z Andrzejem z Rzeszowa wciąż jesteśmy w kontakcie, mimo iż obaj już wróciliśmy do domu. Kto wie? Może kiedyś coś razem pokonamy?
Dziękuję Wam Wszystkim za uwagę, motywację, doping w czasie wyprawy i do zobaczenia!
VLQ on Tour i niebieski WILK

Bravo !
Dzięki Piter!
Super się czytało, ciekawie piszesz!
Za tydzień jadę sprawdzić czy to wszystko prawda
Dziękuję!
Udanego wyjazdu zatem!