W nocy temperatura spadła do 6 stopni. Nie wziąłem tego pod uwagę mówiąc szczerze. Nastawiłem się na rekordy temperatur. Tymczasem, jak już widzieliście, padało, wiało, zrobiło się zimno, no to jak może być w nocy w górach na wysokości powyżej 1600 m?
Zimno! Budziłem się w nocy kilka razy i ubralem ciepłą kurtkę Softshell, długie spodnie i jeszcze opatuliłem stopy kurtką przeciwdeszczową. Mój śpiwór jest bardzo lekki 800 g Alpinusa i jest do 0°. Dopiero jak założyłem kołnierz i kaptur śpiwora na głowę, było już ciepło. Za to po 5 rano jak wstałem, ciężko było znaleźć argumenty za tym, żeby wyjść ze śpiwora i z namiotu…
Musiałem się jednak zmusić i wyjść. Wiedziałem co mnie czeka i że każde pół godziny straty czasu mogą się okazać kluczowe dla powodzenia bądź nie całego dzisiejszego dnia. Całe pranie, które wczoraj powiesiłem na słońcu, teraz było pokryte grubą rosą. Cały namiot też mokry od grubej rosy.



Niestety dzisiaj rano dostałem wiadomość już od czwartej osoby z Turynu, że jest na wakacjach, akurat ma dwudniową wyrypę na rowerze, czy że córka do niego przyjechała akurat do tego pokoju, który udostępnia rowerzystom w warmshowers. Jednym słowem lipa!
Co robić? Napisałem o tym Opciowi, wysłał mi namiary na hostel, w którym łóżko w pokoju „koedukacyjnym” kosztuje mniej niż camping w Turynie. To bardzo kusząca propozycja dla mnie! Moc się wyspać w końcu w łóżku! Bark mnie boli już drugi dzień, chyba właśnie od materaca. Pewnie niewygodnie spałem…
Spakowałem wszystkie manele, zacząłem składać namiot, a on absolutnie całkowicie mokry! Nie było co innego zrobić jak władować go w takim stanie w jakim jest do pokrowca i do sakwy. Martwiło mnie tylko, że oprócz bagaży wiozę jeszcze bliżej nieokreśloną ilość wody. Dodatkowe, niechciane kilogramy.
Narobiłem bidony wodą i pojechałem.
Pierwsze kilometry poszły gładko. Nogi czuję, że są zmęczone, ale pracują normalnie. Kolana nie narzekają, robią swoje. Oddech powoli się normuje. U mnie akurat stosunkowo szybko jest szybki oddech, wysokie tętno, dopiero po jakimś czasie się to normuje. Faktem jednak jest, że tutaj miałem do czynienia z jednostajnym dużym nachyleniem przez bardzo długi okres czasu. Nigdy dotąd nie miałem do czynienia z czymś takim.




Żeby niepotrzebnie nie przedłużać, minęło mnie kilku rowerzystów i nawet dwie rowerzystki, ale wszyscy jechali na pusto, czyli bez bagażu. Mimo wszystko jednak, nawet biorąc pod uwagę, że nie jechali od podnóża w Martigny, to i tak bardzo szybko i lekko im to szło. Aż się sam zacząłem zastanawiać, czy może jednak ze mną coś jest źle? Wszyscy jednak jechali na szosówkach. Ciężko więc porównać mnie na moim rowerze z bagażami do nich na ich lekkich rowerach bez bagaży. I właśnie tej wersji zamierzam się trzymać! Hahaha!
Gdy dojechałem do zalewu i podnóża przełęczy byłem już bardzo zmęczony. Wysokość, mocny podjazd, brak śniadania zrobiły swoje. Tak tak! Pojechałem bez śniadania, bo wczoraj, czyli w niedzielę nic nie było otwarte poza stacjami, a później już nic nie było w okolicy campingu by móc coś zrobić na śniadanie. Wyjechałem więc o napoju z kolagenem i dwóch żelach energetycznych. O pardon! I wspomnieniu wczorajszego spaghetti bolognese!



Od tuneli obok zalewu u podnóża przełęczy, przyznaję się… Miałem już tylko siłę, by rower pchać pod górę. I tak właśnie wgramoliłem się na przełęcz, trochę jadąc, trochę się wlokąc a trochę pchając ten mój przybytek pod górę. Dla mnie ważne jest to, że udało mi się o własnych siłach wgramolić na przełęcz na wysokości 2473 m. Dla porównania, jakbyście wgramolili się jak ja na Kasprowy Wierch z rowerem z sakwami, to Kasprowy ma 1987 m!


Na górze chciałem zjeść śniadanie. E Voila! Kawa i penne z sosem pomidorowym. Mógłbym tutejszego kucharza nauczyć, jak to powinno się robić, bo spartolił nawet tak banalnie proste danie. Dla mnie jednak było ważne, że było ciepłe i pożywne. Zobaczcie jeszcze jakie to szwajcarskie wyjątkowe souveniry:





Wydałem resztkę gotówki we frankach i mogłem ruszyć by po 100 m przekroczyć granicę i przywitać się z włoską ziemią!
Czekała mnie teraz nagroda w postaci najdłuższego zjazdu jaki zrobiłem w swoim krótkim acz intensywnym życiu!
W głowie miałem przestrogę Opcia: tylko hamulców nie zagotuj.
Piękny to był zjazd tymi serpentynami! Nie zapomnę go nigdy!




Był tak długi, że zatrzymywałem się raczej ze względu na cierpiące dłonie od ciągłego przyhamowania niż że.wzgledu na moje hamulce. Kompletnie nic im się nie działo. Spełniły swoje zadanie doskonale. Hamulce tarczowe hydrauliczne Tektro z klockami hamulcowymi żywicznymi również Tektro. Nic nie piszczało, działają jak dotychczas (odpukać) doskonałe. Nie było żadnego „fadingu” ani innych symptomów, że coś się z nimi dzieje.





Tak się rozpędziłem, że jak już się wypłaszczyło, ja dalej pędziłem ponad 30 km/h. Ale jak już zjechałem z gór, pojawił się wmordewind, czyli z żeglarskiego na nasze „wiatr w ryj”. Szach Mat! Jechało się 25 na płaskim? To teraz jak wiatr przywali w mordę, prędkość spada niemal natychmiast i nadal mocno pracując nogami mam ledwie 16 km/h.
Ale nie narzekam, jadę byle do przodu.




Na początku zjazdu, jeszcze na przełęczy, założyłem swoją kurtkę ciepłą Softshell, bo jak to na przełęczy, wiało mocno i temperatura była dość niska. Im niżej zjeżdżałem, tym temperatura wyższa, słońce coraz bardziej przypiekało, więc w pewnym momencie kurtkę schowałem do sakwy. Dalej to już słońce pomimo wiatru (ciepłego) zaczynało mocno przypiekać. Sklepik, kupuję picie, bar przy trasie, kupuję dwa napoje, owoce przy trasie? Tak, poproszę nektarynkę i brzoskwinię. Dostaję takie pyszne i zimne prosto z lodówki. Tym razem muszę zapłacić, choć to są grosze. Poprzednio jeszcze w Szwajcarii przystanąłem przy kontenerze przydrożnym Pani która sprzedawała morele ze swojego ekologicznego sadu. Poprosiłem o dwa owoce, a Pani mi dała i nie chciała pieniędzy, mimo moich protestów. Bardzo to miły był gest z jej strony, a owoce pyszne.
Czas leciał, kilometry znikały za mną. I wtedy dostałem odpowiedź od jeszcze jednego hosta z warmshowers, że mu przykro bla bla bla, ale wyjechał z Żoną i nie ma go cały sierpień. Ale wysyła mi współrzędne takiego parku, gdzie mogę się robić namiotem i obok jest fontanna, to się mogę umyć… Uwierzycie???? Zrobię mały spojler i jak jechałem po 21 przez Turyn, to czułem się bardzo niebezpiecznie, bo co chwilę sami ciemnoskórzy i arabskie nacje wszędzie dookoła, hałaśliwi, nie stosujący się do znaków, gapiący się na mnie stadem jak wygłodniałe hieny i zaczepiający gdy przystaję na czerwonym świetle, że są biedni i chcą pieniędzy. A w parkach od groma bezdomnych właśnie ciemnoskórych i mocniej niż europejczycy opalonych z materacami, wózkami itp. I ja miałbym spać w takim parku? Ma gościu poczucie humoru, niech go szlag!
Z tego względu, pędziłem cały czas w nawigacji mając ustawiony cel w campingu, ale w głowie ciągle myślałem o tym hostelu. W końcu gdy widziałem że realnie mogę dojechać do campingu przed 22, czyli że zdążę, zjechałem do pierwszego lepszego (gorszego) malutkiego miasteczka i zatrzymałem się w barze na colę, bo sklepu nie widziałem.



Usiadłem i zamówiłem pokój w tym hostelu, zapłaciłem od razu, więc już na luzie mogłem jechać na wygodny nocleg pod dachem. Mogłem tam dojechać nawet do 23:30, więc już całe ciśnienie które miałem przez cały dzisiejszy dzień, żeby dojechać na czas i mieć gdzie spać, że mnie zeszło. Już na luzie, wprowadziłem adres hostelu Combo w Turynie i pojechałem. Po drodze dostrzegłem Burger Kinga. Musiałem tam zjechać. Wiedziałem że lepiej teraz zjechać i zjeść szybko, niż później po kąpieli jak już będzie po 23 szukać gdzie moge coś zjeść.
Whooper z Burger King zawsze na propsie!
Combo zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie! W fajnym stylu, wszystko co potrzeba. Do tego w cenie bezkonkurencyjnej. Zapłaciłem 24,30 € czyli mniej więcej tyle co za camping albo nawet mniej niż za camping w Turynie.
Pokój czteroosobowy. Mam łóżko na górze. W pokoju poznałem Gianpaolo, czyli jak się przedstawił (myśląc że mówię po francusku) Jean Paul (jak ten Gautier). Wykąpałem się i poszliśmy na dół do baru pogadać i się poznać, ale o tym już jutro!
Cieszę się że jestem już we Włoszech, a mój portfel jeszcze bardziej! Jutro może Was trochę zaskoczę, ale ja też jestem tylko człowiekiem i też lubię wakacje!
Zatem do jutra!
Piotr i Wilk
