Walka z Alpami

Wstałem dzisiaj dość wcześnie, więc udało mi się spakować wszystko i bez śniadania (bo nie miałem już co jeść – wczoraj nie kupiłem) wyjechać z campingu. Nie zna życia ten, który nigdy nie był przemoczony ulewą aż mu chlupie w butach i czuje jak deszcz cieknie po kręgosłupie myjąc pupę! Ale nie zna życia również ten, który nigdy nie musiał ciepłem swojego ciała wysuszyć na sobie mokre z poprzedniego dnia rzeczy. Spodenki miałem prawie suche, ale kurtki obie mocno wilgotne, jakbyście z pralki odwirowane wyciągnęli. No i buty… Całe mokre. Jedynym pocieszeniem było to, że dzisiaj nie chlupała mi woda w nich gdy naciskałem na pedały…

Pierwsza stacja paliw ze sklepem. Zatrzymałem się w niej, by kupić śniadanie. Dzisiaj nie ma co wybrzydzać, bo jest niedziela. Sandwich z kotletem z kurczaka i jakimś tam sosem. Normalnie nie jadam, ale dzisiaj zjem cokolwiek.
Dojechałem do Montreaux! Wzdłuż promenady nad brzegiem jeziora genewskiego niemal co krok jakaś rzeźba. A przed Le Montreaux Palace stoją płaskorzeźby najbardziej znanych artystów jazzowych jacy tu występowali. Może kiedyś uda mi się tu przybyć na Montreaux Jazz Festival? Póki co, to obejrzałem już sporo koncertów z tego miejsca. Na przykład Milesa Davisa, Jaco Pastorius, Ale Jarreau i wielu wielu innych. Ikony jazzu.
Ja tymczasem chciałem dojechać do najbardziej znanej rzeźby. Freddiego Mercury.

Pogoda słaba, bo widoczność byle jaka. Na szczęście nie pada, ale pięknych zdjęć nie będę miał, bo widoki chmurami zasłonięte. Droga do Martigny jakoś zleciała a pogoda z każdą kolejną minutą ulegała poprawie. Szlak rowerowy biegnie głównie wzdłuż Rhône. Niestety sporo niespodzianek, bo Szwajcarzy remontują trochę odcinków. Trzeba kombinować i objeżdżać.

Kupiłem jeszcze typowo francusko szwajcarskie śniadanie, czyli croissant na słono z szynką i serem oraz jeszcze picia pomimo, że mam dwa bidony po 1 litrze. W jednym mam wodę a w drugim zrobiony izotonik. Na samym końcu Martigny zatrzymałem się by zjeść co mam i ruszyłem na podjazd.

Początkowo nie robiło mi dużego problemu wspinanie się na nachyleniu rzędu 6-8,5%. Z czasem jednak, pomimo ustabilizowania tętna, gdy podjazdy coraz częściej były na poziomie 10 a nawet do 11,5%, zaczęło się robić ciężko! Nogi palą, ale pracują, kolana też dają jeszcze radę. Najgorsze, że tak będzie wyglądać reszta mojego dnia a nie ma jeszcze południa.

Widoki coraz piękniejsze. Nie wiem, jak to robią Szwajcarzy, ale u nich tam gdzie ma być pięknie nieskazitelnie zielona równiutka łąka, tam tak jest. Tam, gdzie ma być łąka kwiatem dziko obsypana, tam taka właśnie jest. Nie ma przypadku!
Do tego te urocze krowy z dzwonkami pasące się w wydzielonych elektrycznymi pastuchami łąkach.

Dyszę, pocę się, słońce przygrzewa, nogi pracują, wspinam się. W tym czasie słyszę szmer potoku obok mnie, pobrzękiwanie dzwonków krów po drugiej stronie doliny pasących się. Widzę różnokolorowe piękne kwiatki gdzieniegdzie wyzierające swoje kielichy, jakby się chciały przyjrzeć, kto u licha tu popyla? Zapach żywicy iglaków, świeżej łąki, która wygrzewając się w słońcu traci wilgoć z rosy która jeszcze niedawno na niej się położyła. Zapachy kwiatów jakie mijam, ciekawe bo nowe. Inne niż w Polsce.

W tym samym kierunku co ja, jedzie niewielu rowerzystów. Większość mknie zjeżdżając w drugą stronę. O jak ja im zazdroszczę! Jak ja bym chciał się z nimi zamienić i zamiast męki mieć frajdę!
Ale jadę dalej. Im bliżej do celu, jakim jest camping w Bourg-Saint-Pierre, czyli ostatnia baza przed Wielką przełęczą Świętego Bernarda, tym częściej muszę się zatrzymywać, częściej też przy nachyleniu 10% i większym, muszę zejść z roweru i go pchać.

Ciężki to był odcinek. Bardzo ciężki. Dość powiedzieć, że przed samym celem, jakiś kilometr, musiałem się zatrzymywać naprawdę dosłownie co 100 metrów. Okropne odcięcie. Czasem zdarza mi się coś takiego, gdy zbyt mało zjem i idę na trening boksu. Daję z siebie 100 % więc w pewnym momencie moje ciało mówi STOP! Bez paliwa nie pojedziesz. Oczywiście, że da się jeszcze sporo zrobić po tym punkcie, ale jest to ryzykowne. Można omdleć, są mdłości i ogólnie ciało daje jasno do zrozumienia, że już wystarczy.

Na rozjeździe, gdzie z głównej drogi trzeba skręcić do campingu, stoi stacja po lewej stronie i sklepik po prawej. Z przyjemnością wypiłem małego radlerka bezalkoholowego, by ugasić pragnienie i uspokoić oddech i tętno w cieniu.
Jaki miły facet jest właścicielem campingu! Od razu go kupiłem. Wiedziałem, że wszystko będzie super. Przeprosiłem, że rezerwację miałem na wczoraj a przyjeżdżam sobie dzisiaj i to dość późno, na co on, że „nie ma problemu!” To był najlepszy camping na jakim byłem w Szwajcarii! Serio!
Ładne miejsca do rozbicia namiotu na takich jakby półkach skalnych, ale szpilki można wbić bez problemu. Są skrzynki z prądem, więc nie ma problemu z ładowaniem jak dotychczas. Jest i pralka i proszek do prania. I nie muszę za to dopłacać. Pan pokazał mi swój warsztat, bo spytałem Go o klucz 17, bo muszę dokręcić swoją stopkę w rowerze, bo się telepie. Tymczasem on mi mówi, że możesz wziąć jakie narzędzia potrzebujesz ze sobą na dalszą podróż… Oczywiście podziękowałem, ale mnie ujął tym bardzo.

Poszedłem do hotelu wyżej na zboczu góry niż camping, by coś zjeść.
Poprosiłem o menu. Dostałem kartkę a4 całą po francusku na jednej stronie. Może 12 pozycji. Na szczęście wiem, jak sobie poradzić! Spytałem o hasło do Wi-Fi. Internet. Teraz dopiero zakumali. Połączyłem się z netem i włączyłem google tłumacza. Tam jest taka funkcja, w której jak się włączy aparat i nakieruje na to francuskie menu, to on to tłumaczy na żywo. No ale niestety. Nie chcę stęka za 50 CHF ani tostów za 12 CHF. Zupa cebulowa też nie bardzo mnie interesuje, a samą rybą się nie najem. Pytam młodszej od reszty (chyba właściciele), czy mają coś innego niż to tutaj? Pasta? Macaroni? I need carbos! Dziewczyna coś tam poględziła pod nosem po francusku i poszła na kuchnię. Wróciła i mówi, że szef może mi zrobić spaghetti bolognese! Pytam, za ile? Coś zaczęła tłumaczyć o konieczności zamówienia wody, by rachunek był nie mniejszy niż 30, albo ja coś źle zrozumiałem. Oczywiście wziąłem. Ale byłem szczęśliwy! Jak zobaczyłem tę porcję, dla dwóch chłopów! Tą kopę makaronu z mielonym mięsem, marchewką drobno posiekaną i jeszcze do tego pani mi podała starty parmezan w miseczce. Ach! Pełnia szczęścia! Będę żył. Będzie siła. Będzie dobrze.
Poprosiłem jeszcze radlerka, a później jeszcze jednego. Zapłaciłem za wszystko 25,40 CHF, więc mniej niż myślałem, bo spaghetti kosztowało tylko 20 franków. Poprosiłem szefa kuchni, że chcę mu podziękować. Chciałem go wyściskać, ale on trzymał odległość i podał mi rękę. Podziękowałem mu więc ogromnie i wróciłem na camping.

Gdy chciałem zasnąć, helikopter medyczny wylądował na polu obok naszego campingu, ale już nie chciałem tam iść, bo wiedziałem że jutro wcześnie rano muszę ruszyć na podjazd aż do samej przełęczy i mordować się jak dzisiaj.
Dziękuję Wam za uwagę i do zobaczenia niebawem!
Piotr i Wilk

Zostaw komentarz