Po powrocie z wyspy Vieques na „ląd”, czyli dużą wyspę Puerto Rico, pojechaliśmy naszą „szarą strzałą” przez całą wyspę na jej zachodni kraniec do Rincon. Jest to miejsce do którego docierają Amerykanie najczęściej oprócz stolicy, czyli starej części San Juan. Powodem tej popularności są fale! Rincon – Surfer’s Town, czyli miasteczko surferów. A co oprócz Rincon ma do zaoferowania zachodnia część Puerto Rico? O tym właśnie jest ta relacja…
Do Rincon dojechaliśmy dość późno. Dlatego dopiero rano zobaczyliśmy jaki piękny widok rozpościera się z tarasu naszego apartamentu. Nasz budynek położony jest na dość stromym zboczu. W ogóle cała ta miejscowość jest położona na mocno pofałdowanej powierzchni porośniętej palmami i różną tropikalną roślinnością. Samej plaży z tarasu nie widać, bo zasłaniają ją budynki postawione tuż przy linii brzegowej. O jakieś 100 m od nas zlokalizowane są bary, restauracje i sklepiki. To z tego względu wieczorem przez otwarte okna słyszeliśmy dość wyraźnie muzykę. W sumie, to miła odmiana po bardzo spokojnym ośrodku w Luquillo, gdzie było cicho jak makiem zasiał, ale też nocnego życia z muzyką, zabawą i innymi atrakcjami w pobliżu nie było. Tutaj skorzystaliśmy z Patką z tej bliskości rozrywki i wieczorem odwiedziliśmy bary na plaży i restauracje z tą głośną muzyką.







Ale najpierw o naszym apartamencie w Rincon! Przyzwyczajeni luksusów w domku letniskowym w Luquillo, po zmianie lokalizacji na Rincon w zachodniej części wyspy, trafiliśmy do apartamentowca – budynku wybudowanego głównie z myślą o turystach. W budynku koło 30 apartamentów. Myśmy dostali jeden z tych bardziej wypasionych. Do budynku przynależą takie luksusy jak mały basen i pralnia z suszarkami. W samym apartamencie mieliśmy sypialnię z dwoma łóżkami i drugą sypialnię z jednym dużym łożem małżeńskim. Jedna wspólna łazienko-ubikacja, salon z aneksem kuchennym, balkon i krętymi schodkami wyjście na taras będący dachem apartamentu. Co ciekawe do apartamentu wchodzi się z parkingu po kilku schodkach. A poniżej naszego „mieszkania” są jeszcze 2 poziomy apartamentów do których z parkingu schodzi się schodami jednej klatki schodowej. Jak to tak? Ano, budynek jest zbudowany na zboczu góry i wejście do mieszkań jest od strony szczytu.
To powoduje, że żeby wyjechać do apartamentowca, trzeba wjechać pod BARDZO strome wzniesienie z betonowej drogi. Dość powiedzieć, że za każdym razem jak chciałem wjechać lub zjechać z tej stromizny to na przełamaniu z drogi miejskiej do tej dojazdowej szorowałem przednim zderzakiem o podłoże… A że zderzak w naszej „szarej strzale” był na gumkach (sic!), to musiałem być niebywale ostrożny. Podejrzewam, że podobne sytuacje w Portoryko są codziennością, co w kolejnych dniach jeżdzenia po tej wyspie znalazło potwierdzenie w rzeczywistości. A sam patent mocowania na błotnikach i zderzakach specjalnych zaczepów by gumkami spinać te dwa elementy spotykaliśmy dość często. Początkowo myślałem, że to jakaś moda na tuning w wersji japońskiej, ale okazało się, że w tym przypadku chodzi o względy praktyczne. Po prostu zaczepy zderzaków po jakiejś ilości szorowania zderzakiem się łamią i mocowanie na gumkach sprawdza się w praktyce!


Już pierwszego wieczora okazało się, że z klimatyzatora w sypialni Grażyny i Jagody zaczęła się lać woda. Ot – dziura w wężyku odprowadzającym skropliny. Zrobiła się spora kałuża. Posprzątaliśmy to, ale klimatyzatora nie mogliśmy już włączyć nie chcąc się rano budzić w zalanym pokoju. Nie działa światło tu, nie działa tam. W kolejnych dniach nie działał internet, to prąd zgasł, to za oknem zrobił się huk od włączonego agregatu prądotwórczego poniżej naszego balkonu który zwłaszcza przeszkadzał nam w nocy. Nie działały palniki w kuchence, patelnia z odrapanym teflonem. W telewizorze nie działało prawie nic poza Amazon Prime. Żadnej telewizji lokalnej. Słowem – mnóstwo niedoróbek i potknięć w porównaniu z naszą wcześniejszą „komfortową bazą wypadową”.
Najciekawsza jest jednak argumentacja jaką zamieścili na tablicy w tym apartamencie zarządzający nim ludzie. „Powinniśmy pamiętać, że jesteśmy na wyspie i jeśli czegoś, jak prąd, woda, internet nie ma, albo coś innego nie działa, to nie powinniśmy się tym stresować, tylko to zrozumieć, że to przecież wyspa i takie coś może się tutaj zdarzać”. Najważniejsze jest jednak zalecenie, co powinniśmy w takich sytuacjach robić! Otóż, powinniśmy „nacieszać się samymi sobą”! – ENJOY YOURSELF!
Wspaniałe, uniwersalne zalecenie, które zapamiętam na długo!
The English Rose Restaurant – La Rosa Inglesia
Patrycja wymyśliła, by przyjechać tutaj na śniadanie. Miejce ma bardzo dobre opinie. Pojechaliśmy. Ło Matko! Jakimi drogami trzeba tu jechać, by dojechać, to sobie nie wyobrażacie! Wąsko jak cholera, stromo jeszcze bardziej. A przy tym co chwilę trzeba się z kimś mijać zjeżdżającym na łeb na szyję tymi wąskimi drogami (bo nie chce przegrzać hamulców na nachyleniu grubo ponad 15%). Co chwilę słyszałem jak szoruję przednim zderzakiem, bo te kąty nachylenia dróg, to coś niespotykanego nigdzie indziej! Śmiem twierdzić, że drogi tutaj były jeszcze gorsze niż na prowincji Tajlandii! Ale w końcu dojechaliśmy. Na miejscu Pan ochroniarz pokazał nam, gdzie możemy zaparkować. Wysiadam, patrzę, a mój zderzak wisi sobie na jednej gumce. Druga gumka pękła!
Zgodnie z moimi domysłami, miejsce to stworzył ktoś, kto przybył tutaj z Wielkiej Brytanii. Wszak róża, to symbol Anglii. Co za tym idzie, śniadania tutaj serwowane są raczej z tych brytyjskich. A że jeszcze nie byłem w Anglii, to dla mnie była to gratka i coś nowego. Brytyjskie śniadanie! Ja wziąłem takie typowe brytyjskie – full wypas! Czyli na jednym talerzu: omlet, tosty, pieczone kiełbaski, fasolka po bretońsku, bekon i ziemniaki. Oh my God! Ilość kalorii powalająca! Nawet mnie! Ale dałem radę. Przestała mnie po tym śniadaniu dziwić powszechna w Anglii otyłość… Jagoda wzięła croissant na słono z bekonem, jajkiem sadzonym i sałatką, a Patka z Grażyną jajka po benedyktyńsku z krewetkami i łososiem. Do tego smaczna kawa i w zestawie z pięknym widokiem za oknami mieliśmy pięknie i smacznie rozpoczęty dzień. Polecam Wam zatem wizytę na tutejsze śniadanie The English Rose.




Przy rachunku, spytałem nieśmiało, czy mogliby mi jakoś pomóc sznurkiem, drutem, gumką, czymkolwiek, czym dałbym radę naprawić swój zderzak? Chłopak z obsługi dał mi dwie długie i mocne trytytki! Ależ się ucieszyłem! Jestem uratowany…
Rincon
Samo miasteczko surferów jest dość rozległe jak na portorykańskie warunki. Zajmuje cały północno-zachodni róg dużej wyspy. My mieszkaliśmy w tej części północnej. Najbardziej gęsta zabudowa i centrum miasteczka położona jest jednak na zachodnim wybrzeżu. To właśnie tutaj są sklepy i najwięcej restauracji. W północnej części już jest bardziej wiejsko niż miejsko. Dużo jest apartamentów AirBnB a głównie przy plażach „beach barów” i restauracji, trochę klubów nocnych, dyskotek. My byliśmy mobilni dzięki wypożyczonemu samochodowi, więc mogliśmy sobie pozwolić na robienie zakupów w dużych supermarketach oddalonych od naszego apartamentu o jakieś 20 minut samochodem, w których i wybór większy i ceny niższe. Supermercado Econo w Rincon Plaza spełniał nasze w tym względzie wymagania wystarczająco dobrze. Oprócz bajgli z posypką „everything” (czyli „wszystko”) jest tutaj dobry wybór owoców głównie lokalnych, wyspowych, czyli mango, papaja, awokado, banany, platanas verde…





Można tu również kupić w promocjach lokalne piwa- na przykład Medalla – o wiele taniej w 8-paku niż gdziekolwiek indziej (jedna mała puszka wychodzi wówczak około 1$). Moim „crushem” (jak obecnie mawiają nastolatki, czyli „trucizną”, albo rzeczą ulubioną) okazały się być ciasteczka produkowane przez tą samą firmę, co Oreo, czyli Nabisco. Nutter Butter, bo o nich mowa – ciasteczka z masłem orzechowym. Dobrze, że nie ma ich w Polsce, bo żadna dieta nie miałaby sensu… A przy tym ilość wariantów Oreo, które są Jagody ulubionymi ciasteczkami, przyprawia o zawrót głowy!


Oprócz supermarketu, pizzerii zaraz obok, którą odwiedziliśmy na wyraźne żądanie Jagody – Marco’s Pizza, w Rincon wyraźnie niższe ceny są wszelkiej maści pamiątek i akcesoriów plażowych. Skorzystaliśmy z tego. Odwiedziliśmy też miejsce, w którym stacjonowały food trucki, ale na miejscu okazało się, że pora obiadowa, to nienajlepszy wybór czasu na takie odwiedziny. Tylko kilka było czynnych, a nam niespecjalnie chciało się jeść gorące jedzenie w pełnym palącym słońcu, bo i cienia nie było. To właśnie wyraźnie pokazuje, że tylko turyści tacy jak my mogą wpadać na tak absurdalny pomysł, by wtedy, gdy wszyscy tubylcy chowają się przed słońcem w domach, w ogóle wychodzić na zewnątrz, a jeszcze do tego coś jeść??? Absurd. Dlatego gdy słońce zachodzi, takie food trucki odżywają.
Parque Nacional de las Cavernas del Río Camuy
Narodowy park jaskiń rzeki Camuy. Nasza niezawodna kierowniczka wycieczki – Patrycja, zaplanowała nam zwiedzanie jaskiń. Wiedzieliśmy mniej więcej czego się spodziewać po podobnych jaskiniach odwiedzonych w Meksyku. Jaskinie te są jedną z najbardziej znanych atrakcji Puerto Rico. Położone są w północno- zachodniej części wyspy. Musieliśmy do nich dojechać samochodem. Dojazd samochodem na parking położony blisko „visitor’s center” z którego ruszają grupy z przewodnikiem. Bilety mieliśmy kupione online na określoną godzinę zwiedzania. Gdy już pojawili się wszyscy, przewodniczka zaprosiła nas do sali kinowej, w której film wprowadził nas w temat i objaśnił, na co uważać, czego się spodziewać… później dostaliśmy kaski i mogliśmy ruszyć do oddalonego o niecałą milę wejścia do jaskiń. Asfaltowa ścieżka prowadziła przez dżunglę. Roślinność i ukształtowanie terenu dawały wytchnienie od palącego słońca. Ale też tworzyła dużą wilgotność… Po drodze do jaskiń opórcz roślinności lasu deszczowego spotkaliśmy też takich „przyjemniaczków”. Przewodniczka uspokoiła nas, że nie są jadowite, a nawet wzięła jednego na swoją rękę, żeby nam go bliżej przedstawić!





Parno i duszno. I tak aż do momentu, gdy ścieżka zaczęła prowadzić coraz niżej. Pojawił się przyjemny chłodek. Wejście do systemu jaskiń porośnięte było zwisającą roślinnością. Kaski na głowę, słuchawki audioguide (audioprzewodnika) na uszy i mogliśmy ruszyć. Co chwilę zatrzymywaliśmy się, bo nasza przewodniczka opowiadała dość niezłym angielskim o tym, że jaskinie odkryto niedawno, bo w 1958 roku i nadal odkrywane są coraz to nowe podziemne komnaty. Od tamtej pory stworzono ścieżki, by umożliwić turystom zwiedzanie tego miejsca. Ścieżki są betonowe, w niektórych miejscach schody, gdzieniegdzie barierki, w krytycznych odcinkach oświetlenie. Mimo wszystko jednak jest ślisko i to miejscami nawet bardzo ślisko! Zadzieramy głowy chcąc dostrzec nietoperze i słyszymy dźwięk spadających kasków. Komuś spadł z głowy jeden i poleciał w dół, gdzie nie wolno wchodzić. Przewodniczka uspokaja, że to nie problem, bo co jakiś czas te kaski zbierają. Widzimy największy stalaktyt w Puerto Rico. Duży. Ale coś mi się wydaje, że w Polsce albo Słowacji widziałem większe. Przewodniczka tłumaczy, co to są stalatyty, stalagnity i stalagnaty (kolumny z angielskiego). Przedzierając się przez półmrok, słuchamy angielskiego lektora w audiobooku podającego dane – wielkości, pojemności, ilości nietoperzy itd. Dochodzimy do miejsca, w którym przebija się światło. Przewodniczka mówi nam, że to miejsce było zamknięte dla turystów ze względu na zniszczenia spowodowane huraganem sprzed dwóch lat. To już kolejne miejsce, gdzie z tym się spotykam…








Huragany w Portoryko, to duży problem. W ciągu ostatnich kilku lat dwa huragany dokonały ogromnych spustoszeń na tej wyspie. Wiele miejsc wciąż jest zamkniętych, nie podźwignęło się po klęsce żywiołowej. Widziałem pozostawione samochody, które stoją już przynajmniej 2 lata nieruszane, zamknięte bary, restauracje, hotele, pensjonaty. Podobno nie jest rzadkim przypadkiem, gdy poszkodowani przez huragan po dziś dzień starają się uzyskać odszkodowanie. Firmy ubezpieczeniowe nie wywiązują się z umów procesując się z poszkodowanymi. Rząd nie jest w stanie wszystkim pomóc. Ba! Nawet USA ponosiło jakieś koszty odbudowy po huraganie i tsunami. Z tego względu jest to jeden z argumentów przeciwników przyłączenia Portoryko do USA jako nowy stan. Zwolennicy Trumpa nie chcą brać na siebie kosztów odbudowy Portoryko po zniszczeniach wywołanych huraganami i tsunami. Nie widzą oni praktycznie żadnej korzyści, a wyłącznie koszty i obciążenie socjalnymi daninami na portorykańczyków. Abstrahując jednak od polityki, po huraganach widoczne są co rusz znaki informujące o kierunku ucieczki w razie tsunami. Widoczne są też zniszczone huraganem budynki – opuszczone i niszczejące. Mimo tego wszystkiego, ceny nieruchomości nie są najniższe.









Porobiliśmy niewiele zdjęć, bo warunki nie sprzyjały robieniu ostrych zdjęć w półmroku, nawet zmarzliśmy i mogliśmy ruszyć spowrotem do budynku „Visitor’s Center”. Tam chciałem zjeść lody, ale była spora kolejka, więc czekając zobaczyłem w witrynie wśród suwenirów coś co wyglądało jak kopyta krowie i kozie. Gdy przyjrzałem się bliżej, okazało się, że z kopyt zrobione zostały buletki! Ktoś wpadł na pomysł wydrążenia otworu i wypełnienia go naczyniem zakończonym korkiem… Przynajmniej same kopyta wypolerowane na błysk, ale mam wątpliwość, czy miałbym frajdę pić z czegoś takiego trzymając za włochane bydlęce odnóża…



Wodospad Gozalandia
W drodze powrotnej z jaskiń Rio Camuy pojechaliśmy zobaczyć wodospad Gozalandia. Duży parking, na którym bez problemu można znaleźć miejsce do postawienia swojego samochodu. Parking jest płatny. Do wodospadu jest niedaleko, raptem kilka minut piechotą. Trzeba zejść schodami w dół z poziomu parkingu. Zmierzając schodami do wodospadu, spotkaliśmy starszego pana, który zagadnął Grażynę. Powiedział, że dzień wcześniej wydarzyło się coś niespotykanego w tym miejscu i osunęła się cześć ziemi na wodospadzie. Ponoć ludzie wspinają się półki wodospadu, by skakać do wody w dole i tak też było wczoraj. Z tym że ponoć ojciec z synem skakali do wody i w tamtym momencie osunęła się część górnej półki wodospadu. Na szczęście nikomu nic się nie stało… Z tego względu widzieliśmy zakaz wstępu do wodospadu i zakaz pływania w wodzie o zakazie skakania do wody i wspinania się po wodospadzie nie wspominawszy. Ale ponoć nikt nic sobie z tych zakazów nie robi. Do momentu jak pojawi się policja, która towarzystwo przegania. Starszy Pan zapewnił nas, że warto tam wejść i nie ma się czego bać, ani osuwiska ani mandatu od policji. Poszliśmy więc schodkami w dół przekonać się, jak się ma sytuacja do opowieści starszego jegomościa.






Dość sporo ludzi w wodzie, kilkanaście osób wspina się w górę wodospadu i co chwila ktoś skacze do wody. Mimo, że mieliśmy stroje kąpielowe, żadne z nas jednak nie miało zbytniej ochoty na kąpiel. Pomoczyliśmy nogi, pooglądaliśmy skaczących do wody. Nie odważyłem się skakać. Nie byłem przekonany, że w dole jest wystaczająco głęboko i nie ma żadnych wystających kamieni. Z fantazją wygrał mój rozum (choć nie zawsze tak jest). Charakterystyczna dla tego wodospadu jest flaga Puerto Rico namalowana na skale. Wyraźnie widać też było miejsce, w którym część skały i ziemi się odłamała i osunęła w dół. Wczorajsze zaś wydarzenie było spowodowane gwałtownymi deszczami, które skutkowały nagłym zwiększeniem się ilości wody jaka spływała wodospadem.
Kolorowe domki w Aguadilla
Przejeżdżaliśmy przez Aguadilla, więc Pati zaproponowała zjechać z głównej trasy i wjechać w dzielnicę mieszkalną. Chwilę trwało, zanim przebiliśmy się przez korki i wąskie uliczki, ale w końcu nawigacja poprowadziła nas do miejsca położonego na wzgórzu Cerro Cabrera powyżej plaży Rompeolas właśnie w Aguadilli. Miejsce to nazywa się „Casa de colores – Pintalto” i wygląda wyjątkowo! Jest to część Projektu Pintalto a pomysłodawcą był w 2018 roku Samuel Gonzalez. To kolorowe malunki – murale wyglądające jak duże mozaiki, które tematyką oddają cześć rybakom z Aguadilla. Kilkadziesiąt niewielkich budynków mieszkalnych pomalowanych jest w jaskrawej kolorystyce i tworzy to serię murali nazywaną „makromural”. Wygląda to bardzo ciekawie, niemal jak galeria sztuki na świeżym powietrzu! Wstęp darmowy, bo przecież można przejść się spacerkiem przez tą dzielnicę, lub jak kto woli, przejechać podziwiając malowidła zza szyby klimatyzowanego samochodu.






Ruiny latarni morskiej w Aguadilla
Będąc w Aguadilla wybraliśmy się jeszcze zobaczyć ruiny latarni morskiej. Miejscowi nazywają to miejsce ” „El Faro de la Ponderosa” albo po prostu „Las Ruinas”. Oficjalna nazwa, to „Borinquen Point Lighthouse”. Latarnia została postawiona za czasów panowania Hiszpanii w 1889 roku. Wybudowana została z cegły i oprócz samej wieży latarni składała się z budynku mieszkalnego latarnika. Niestety trzęsienie ziemi w 1918 roku spowodowało znaczne jej uszkodzenie i nie nadawał się już budynek do odbudowy. Latarnia została opuszczona a w 1922 roku amerykańska Straż Przybrzeżna zbudowała nowy betonowy budynek latarni, ale w innej, bliskiej lokalizacji. Budowla z czasem coraz bardziej niszczała i to nie tylko wskutek działania huraganów nawiedzających Puerto Rico, ale też za sprawą wandali i roślinności, która coraz bardziej dopomina się o swoje. Obecnie to romantycznie wyglądające ruiny, które świetnie się nadają do robienia zdjęć. Korzystają z tego przede wszystkim obecnie „instagramerzy”. Warto odwiedzić i cyknąć fotkę, zwłaszcza przy zachodzącym słońcu.





Rincon – The Beach House
Ponieważ niemal wszędzie poruszaliśmy się samochodem w tej części Puerto Rico, to gdy zdecydowaliśmy się wybrać na kolację w niezbyt oddalonym miejscu od naszego apartamentu, Dziewczyny zgodziły się pójść tam pieszo, bym i ja mógł się napić drinka do kolacji… Nie jest to normalne tutaj, by ludzie piechotą szli dalej niż 100m, więc gdy szliśmy gęsiego wąską asfaltową drogą na której z trudem mijały się dwa auta ostro pod górę, niemal z każdego auta wyzierały na nas wybałuszone w zdziwieniu oczy wszystkich pasażerów! Musieliśmy się wspiąć całkiem sporo, bo ta bardzo polecana restauracja „Beach House” jest na wzniesieniu, a nasz apartament nie dość że oddalony o 2,2 kilometra, to o wiele niżej blisko plaży. Dlatego przejście się w jedną stronę zajęło nam ponad pół godziny. W tej temperaturze, mimo, że dzień się kończył i słońce pomału zaczynało zachodzić, spoceni byliśmy okropnie.





Wysiłek się jednak opłacił, bo miejsce to naprawdę jest wyjątkowe! Z tarasu restauracji rozpościera się widok na uznawaną za najlepszą plażę dla surferów w całym Portoryko, latarnię morską Rincon i ocean w kierunku zachodnim. Oprócz tego w dole widoczna jest kopuła zamkniętej pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia (o rany, jak to brzmi!) elektrowni jądrowej „Boiling Nuclear Superheater – BONUS”. Ale co oprócz spektakularnych zachodów słońca możemy doświadczyć w „The Beach House”?






Bardzo sprawna obsługa, stoliki na zewnątrz, by móc napawać się widokiem i naprawdę dobre jedzenie! Co prawda, menu ułożone pod gusta Amerykanów, ale można też nieco smaczków lokalnych doświadczyć. Niezłe drinki. Burgera oceniam na „dość przeciętny”. Ale już jedzenie, które wzięły sobie Dziewczyny było lepsze. Jedyny minus, to toalety. Mimo, że napis określał je jako „luksusowe”, to i tak był to postawiony obok budynku restauracji kontener. Moim zdaniem nawet jeśli jest to „luksusowy” Toi Toi, to i tak daleko mu do normalnej łazienki. Wracaliśmy tanecznym krokiem podśpiewując w blasku gwiazd za nic sobie mając zdziwione miny z mijających nas samochodów. The Beach House jest wart polecenia!










Podsumowanie
Rincon rzeczywiście kusi przede wszystkim miłośników ślizgania się na falach, czyli surferów. My nie umiemy surfować, ale mimo to potrafiliśmy znaleźć dla siebie miejsca, które mogą i innych zainteresować. Oczywiście nie opisałem tutaj plaż na których spędziliśmy większość czasu, bo to zrobię w kolejnej relacji. Podsumuję bowiem, jak wyglądało 17 plaż Puerto Rico! Tak! Właśnie tyle plaż odwiedziliśmy podczas całęgo naszego dwutygodniowego pobytu tutaj. Zachodnia część dużej wyspy Portoryko będzie mi się kojarzyć z odpoczynkiem na plażach, z górzystą, porośniętą bujną roślinnością, bardziej dzikim niż cywilizowana wschodnia część, rejonem Rincon. Odczuwałem większe wyluzowanie ludzi tutaj mieszkających niż w okolicach San Juan i mniejsze tempo i tak spokojnego (w porównaniu do nowojorskiego) życia. Ceny ogólnie nieco wyższe niż w Luquillo czy San Juan. Infrakstruktura i drogi gorsze niż na wschodzie wyspy.
A dzisiaj dziękuję Wam za uwagę i do zobaczenia w kolejnych relacjach – ostatniej z Puerto Rico i znów z USA!
VLQ
