Skuterem po Chiang Mai i okolicach

Po zjedzeniu pysznego śniadania u Jimmiego – omlet z pieczonymi bananami i wypiciu kawy poszliśmy nieopodal wypożyczyć skuter. Zaplanowaliśmy bowiem całkiem sporo jeżdżenia na dzisiaj i jutro. Wzięliśmy jeden z najpopularniejszych skuterów w wypożyczalniach tajskich, czyli Honda Click 125i. Automatyczna skrzynia biegów. Także nawet taki motocyklowy leser jak ja spokojnie taką maszynę ogarnie! Wzięliśmy jeszcze kaski (bo są obowiązkowe w Tajlandii). Wypożyczenie kosztowało nas na 2 dni 400 Bahtów, czyli około 50zł, podczas gdy normalna cena najmu na dobę, to 250 Bahtów. Problem stanowiła kaucja, bo wynosiła 4000 Bahtów, ale dogadaliśmy się kaucją 100 EUR i nie musieliśmy zostawiać paszportu (czego bardzo nie chcieliśmy robić)…

Zatankowaliśmy skuter do pełna. Paliwo nie jest drogie tutaj a i skuter niewiele pali. Gdy już byliśmy na wylotówce z Chaing Mai (dwa-trzy pasy w każdym kierunku, oddzielone pasem zieleni) nagle widzimy, że patrol policyjny zatrzymuje wyłącznie skutery. Wszystkie jak leci. Zatrzymaliśmy się. Policjant poprosił dokumenty. No więc ja na spokojnie wyciągam międzynarodowe prawo jazdy, które wyrobiłem sobie przed wyjazdem w Polsce. Policjant sprawdził wszystkie papiery i po angielsku mi mówi, że mam złe prawo jazdy. Bo to nie jest na „motorcycle”, czyli motocykl. Próbowałem coś wyjaśniać i się wykłócać. Kazał mi podejść do drugiego policjanta, który spokojnie mi powiedział, że muszę zapłacić mandat za brak odpowiedniego prawa jazdy. I że jak zapłacę „ticket” czyli mandat, to będę mógł z tym mandatem jeździć przez 3 dni bez problemu! Na nic moje tłumaczenie o pojemności 125, o międzynarodowym prawie jazdy (bo wiedziałem, że mandaty wlepiają za brak właśnie takiego prawa jazdy). Mam zapłacić i koniec! No to zapłaciłem 500 Bahtów. Wniosek? Nie ma sensu płacić za wyrobienie międzynarodowego prawa jazdy w Polsce, bo tutaj ten mandat, jak się później dowiedziałem od Jimmiego u którego mieszkałem, to jest raczej taki „tourist tax, bribe” czyli podatek od turystów, łapówka. Jak będę miał wszystko, to i tak coś znajdą, żebym musiał zapłacić ten mandat i koniec!

Pojechaliśmy na zachód od Chiang Mai w kierunku Świątyni Wat Phra That Doi Suthep. Po kilkunastu kilometrach już się przyzwyczaiłem do lewostronnego ruchu ulicznego, choć na rondach nadal byłem bardzo ostrożny. Patrycja jechała przyklejona do mnie z tyłu. Dopiero po jakimś czasie złapała balans na tyle, żeby odważyć się do trzymania kamerki, żeby coś nagrać w czasie jazdy. Nie mam doświadczenia w jeżdżeniu motocyklem w ogóle. Przez pewien czas mieliśmy skuter Peugeot Vivacity z małym 50 ccm silniczkiem i automatem. Ta Honda którą teraz jechałem, to zdecydowanie bardziej zrywna maszyna! Dość powiedzieć, że po oswojeniu się z Hondą, na prostych długich odcinkach gnaliśmy nawet 80-90 km/h! Czułem się z Patką już prawie tak, jak w tym teledysku do piosenki o skuterze!

Pierwszym miejscem, do którego dojechaliśmy dzisiaj była Świątynia Pha Lat, czyli tak zwana „ukryta Świątynia”. Przy głównej drodze przed skrętem do niej jest jeszcze kaplica Phra Maha Chakkraphat, którą możecie zobaczyć tutaj:

Świątynia Pha Lat swój urok zawdzięcza ukryciu w dżungli, położeniu w górach i temu, że jest po prostu mocno zarośnięta 🙂
Do tego gdy dołożymy ciszę, przerywaną tylko szmerem strumyka płynącego kaskadami nieopodal i odgłosy zwierząt z dżungli, to po Świątyniach jakie zobaczyliśmy dotychczas, była to miła odmiana. Dotychczas bowiem, wszystkie Świątynie były w miastach i hałas miasta przenikał przez całe te Świątynie. Tutaj było cicho, zielono. Miejsce pięknie wkomponowane w przyrodę. Zresztą – sami zobaczcie:

Im wyżej pięliśmy się skuterem w te góry, tym droga robiła się węższa i coraz bardziej dziurawa. Tak dojechaliśmy do jednej z najbardziej znanych Świątyń w tym rejonie, czyli do Wat Phra That Doi Suthep. Duży parking u podnóża schodów prowadzących do Świątyni pozwala bez problemów pozostawić skuter. Zaparkowaliśmy, schowali kaski w siedzeniu skutera, a tu jacyś Francuzi zapraszają nas na robale! Zaraz obok nas na stoliku rozłożyli na papierze kupione grillowane robaki i zaprosili nas do degustacji. Nie skusiliśmy się…

Żeby wyjść na górę do Świątyni, trzeba pokonać ponad 300 schodów. Dla nas to żaden wyczyn, chociaż w tej temperaturze i wilgotności, oboje się spociliśmy, a tętno (przynajmniej mnie) przyśpieszyło. Na górze jest punkt medyczny, gdyby ktoś miał zemdleć. Później też się okazało, że Ci amerykańscy dziadkowie na samej górze, to nie weszli tutaj schodami, tylko wyjechali windą, której nie zauważyliśmy na dole będąc. I tak pewnie poszlibyśmy schodami. Ale gdyby ktoś z Was nie chciał – to już wie – JEST WINDA! A schody bardzo ładne. Po obu bokach zdobione w kształcie mitycznego węża Naga. To stanowi spore podobieństwo do świątyń Majów z półwyspu Cancun w Meksyku, które widzieliśmy kilka lat wcześniej. Wejście do Świątyni nie jest drogie – zaledwie 30 Bahtów od osoby, czyli około 3,70 zł.

Wat Phra That Doi Suthep

Ilość turystów na górze przerosła moje przypuszczenia. To był straszny tłum. Jak na placu św. Marka w Wenecji. Morze turystów. Każdy oczywiście chce sobie zrobić zdjęcie tak, żeby widać było tylko jego i nikogo więcej. Wąskie przejścia, wejścia i wyjścia powodowały, że ludzie się w takich wąskich gardłach kotłowali. A Świątynia – piękna, okazała, bardzo bogato zdobiona i stara, bo z XIII wieku! Co prawda jej rozmiary nijak się miały do tych największych w Bangkoku, ale mimo mniejszej skali, urodą moim zdaniem przewyższa kilka innych. Mnogość różnych figur Buddy jest zadziwiająca a wśród nich kopia szmaragdowego Buddy, którego widzieliśmy już w Bangkoku. Sporo modlących się buddystów. Centralny punkt Świątyni stanowi złota pagoda. Zapachy rozmaitych kadzidełek, delikatne dźwięki dzwoneczków poruszanych wiatrem, gongów i większych dzwonów poruszanych już przez ludzi. Mamrotanie mantr przez modlących się w różnych kapliczkach większych i mniejszych. I pomimo zgiełku turystów jakiś taki spokój i nastrój rozluźnienia i relaksu. Wspaniale!

Doi Pui Peak Nature trail

Gdy już zmęczyliśmy się tłumem w Wat Phra That Doi Suthep, zeszliśmy schodami do skutera i krętymi już naprawdę wąskimi dróżkami pojechaliśmy jeszcze wyżej do szlaku pieszego, który miał nas zawieść do punktu widokowego. Droga była już tak wąska i kręta, że przed wieloma zakrętami były znaki o konieczności użycia klaksonu, by uprzedzić jadących z naprzeciwka o zbliżaniu się nas do zakrętu! W końcu dojechaliśmy na miejsce. Zostawiliśmy skuter przed rampą i poszliśmy pieszo. Okazało się, że szlak był bardzo przyjemny, bo przez dżunglę, więc w takim zacienieniu przynajmniej słońce nas nie paliło. Oj było dość ostro momentami pod górę, ale daliśmy radę bez problemu. Szlak wiódł miejscami zamieszkałymi przez ptactwo. Podobno można tutaj spotkać rzadkie gatunki, ale niestety nie było o tym po drodze żadnych informacji. Na pewno jednak roślinność była całkowicie inna niż ta, którą znamy z Polski, czy Europy. Dla mnie radochą było móc zobaczyć po raz pierwszy w życiu rosnące dziko bananowce. Gdy doszliśmy do celu – dostaliśmy nagrodę – przepiękną panoramę gór. Tak innych niż w Polsce. Pięknie!

Wioska Hmong

Stamtąd podjechaliśmy do położonej nieopodal wioski Hmong. Wioska ta znana z dwóch powodów: hodowli truskawek (i robionego z nich wina) oraz samej górskiej wioski w której zobaczyliśmy pięknie udekorowane różnokolorowymi kwiatami zbocza góry. Lud Hmong zamieszkujący tą wioskę jeszcze w latach 70-tych głównie zajmował się hodowlą opium. Później jednak wskutek działania rządu udało ich się przekonać do innych źródeł zarobku. Teraz to jest turystyczne miejsce, w którym ludność pochodząca z terenów Wietnamu wyparta wiele lat temu przez Chińczyków na tą stronę Żółtej Rzeki zasymilowała się z Tajami. Widać jest ich odrębność etniczną w ludowych strojach. Trochę takie nasze góralskie Zakopane w mniejszej skali. Miło, sympatycznie i smacznie (obiad zjedliśmy w jednej z restauracji).

Ruszyliśmy w drogę powrotną do Chiang Mai. Co prawda mieliśmy jeszcze zaplanowane wodospady, których nie brakuje w tym rejonie, ale ponieważ widzieliśmy w Ukrytej Świątyni i wiosce Hmong, że wody jest mało, dlatego woda ledwo cieknie ciurkiem, to byliśmy przekonani, że wodospady będą stratą czasu. Pojechaliśmy do…

Wat Sri Suphan – Srebrna Świątynia

Świątynia istnieje od XVI wieku, ale turystom jest szerzej znana od niedawna. Ponieważ w okolicy Świątyni mnóstwo jest kowali i rzemieślników zajmujących się zdobieniem metali, to właśnie ich talentom budynek ubosotha zawdzięcza swój urok. Części tej budowli, które są wystawione na działanie czynników zewnętrznych są pokryte aluminium, cynkiem i niklem. Wszystko pozostałe, a zwłaszcza obrazy, figury i dekoracje wewnątrz są wykonane z prawdziwego srebra.


Wejść do środka mogą wyłącznie mężczyźni. Jest podany powód:

500 lat temu pod fundamentami Świątyni umieszczone zostały klejnoty, amulety i relikwie. Obecność kobiet w tym miejscu spowoduje, że utracą one część swojej mocy, ale też negatywnie wpłyną na kobietę…

Miejsce to urzekło mnie tą drobiazgowością i pełnością drobiazgów którymi całość była wypełniona. Oprócz srebrnego Ubosotha moją uwagę przykuła figura hinduistycznego bóstwa obok. To słoń. A otacza go duża ilość myszy czy szczurów. Wszystkie zwrócone pyskami i z różnymi darami. Chciałem o to spytać mnichów, bo podobnie jak w innych, także tutaj są godziny „pogawędek z mnichami”, ale nie chcieliśmy już czekać, bo byliśmy nieco zmęczeni.
Wszak w tym dniu przejechaliśmy skuterem ponad 60km!

Pojechaliśmy do naszego Hostelu, by już razem z naszymi kumplami – Francuzami udać się na nocny „street food”. Trafiliśmy na tak zwany nocny uliczny targ, gdzie oprócz jedzenia z garkuchni i motokuchni można było znaleźć również różne torebki, plecaki, ubrania, herbaty lokalne i rozmaite ozdoby o tematyce buddyjskiej czy tajskiej. Wszędzie wisiały kolorowe papierowe lampiony pięknie zdobiąc ulice Chiang Mai. A my pospacerowaliśmy po mieście i wróciliśmy do naszego Homestaya. Tam przy piwie do późna pogadaliśmy z naszymi sympatycznymi kompanami i Jimmim, który ponarzekał trochę na korupcję w Tajlandii, na brak emerytur, świadczeń socjalnych, na niespójne przepisy regulujące turystykę i możliwości goszczenia turystów w Tajlandii. Jednak z całości tych naszych rozmów wyszedł obraz, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Simon i Pierre w młodym wieku zdecydowali się na przygodę życia, czego szczerze im zazdroszczę,ale też podziwiam ich odwagę! Zdecydowali się oni bowiem porzucić we Francji absolutnie wszystko (łącznie z dziewczynami), by ruszyć w podróż dla nich w nieznane. Zdali się całkowicie na los. Bo to nie wyprawa na określony czas, a później do domu samolotem. Oni ruszyli z nastawieniem, że przez następne miesiące a może lata będą w podróży, a pracować będą tam gdzie los da tylko tyle, by móc podróżować dalej. Wygląda jak plan, ale jest tu bardzo wiele niewiadomych. Trzymamy za nich kciuki i będziemy serdecznie ich śledzić, bo to wspaniali Goście!

A już w kolejnej relacji pojedziemy skuterem na pieszą dłuższą wycieczkę pieszą, zobaczymy Buddyjski Disneyland i pożegnamy się z Pierrem i Simonem!

2 komentarze

  1. Fajny blog, właśnie wykorzystuje twoje info. Dzięki. Ten komentarz pisze siedzac przy strumyku w phat lat. Godzinę temu zatrzymała mnie policja na skuterze. Prawo jazdy z UK im nie wystarczyło. Poprosili o międzynarodowe. Sprawdzili czy mogę jechac skuterem i puścili bez problemu. Czy ty aby na pewno miałeś wbite A1 lub A? . Bo jeśli nie, to właśnie dlatego dostałeś ten mandat. Ich nie obchodzi że w Polsce możesz prowadzić mały skuter. Nie ma piktogramu to jest mandacik. Po za tym robienie międzynarodowego prawka na Tajlandie ma głęboki sens. Policja to najmniejszy problem. Jeśli dojdzie do poważnego wypadku to ubezpieczenie nie zadziała. Prowadziłeś pojazd bez uprawnień…

    1. Z perspektywy czasu – masz rację! Choć z tego, co mówił mi Jimmy – wówczas Policjanci wlepiali „mandat” turystom nawet jeśli mieli kat. A i prawko międzynarodowe. Może coś się zmieniło? A może trafiłaś na tych uczciwych? Miłego pobytu! Nawet nie wiesz, jak Ci zazdroszczę, że jesteś TAM, a ja tu marznę i ślizgam się na śniegu 🙂

Skomentuj SateAnuluj pisanie odpowiedzi