Pierwszy dzień w Bangkoku

Wat Saket (Świątynia Golden Mount – Złota Góra)

Gdy już trochę odpoczęliśmy po 22 godzinnej podróży, jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy na zwiedzanie głodni wrażen!
Idąc do Golden Mount Temple (Wat Saket) oddalonej od naszego hostelu zaledwie o 1 kilometr zwróciliśmy uwagę, że mieszkamy w dzielnicy części samochodowych, bo co krok po jednej i drugiej stronie naszej ulicy Luang Road znajdują się mniejsze i większe sklepiki z felgami, deskami rozdzielczymi, częściami elektrycznymi, akcesoriami tuningowymi wszelkiej maści – ogólnie części do samochodów, motocykli, skuterów i ciężarówek.

Ciekawe to jest, że wszystko jest „tak na kupie” dla klienta to wygodne, bo na miejscu ma wszystko co potrzeba, no ale z perspektywy sprzedawcy już nie jestem pewien, czy to dobre zagranie. W Tajlandii najwyraźniej ten model biznesowy się sprawdza. Jak później widzieliśmy w innych miejscach – to tendencja dotycząca różnych branż i jest w tym kraju powszechnie stosowana.

choinka w takim skwarze to dopiero egzotyka!

Świetnie wyglądały na rogu jednego mijanego przez nas skrzyżowania choinka, anioły, śnieżynki i temu podobne atrybuty podświetlane na biało podczas gdy my pociliśmy się niemiłosiernie ze względu na dużą wilgotność w połączeniu z temperaturą trochę ponad 30 stopni. Co prawda takich świątecznych akcentów chrześcijańskich zbyt wielu w Tajlandii podczas naszego pobytu nie było. Więcej było tych związanych z nadchodzącym chińskim Nowym Rokiem, ale o tym później.

Dotarliśmy na miejsce i okazało się, że mimo iż wiedzieliśmy o tym, to zapomnieliśmy ze sobą wziąć odpowiedniego okrycia odsłoniętych ramion Patrycji. W kasie zwrócono nam uwagę, że musimy wziąć coś, czym Patka okryje ramiona. Skorzystaliśmy z możliwości wypożyczenia za 50 Bahtów takiej dużej tajskiej przewiewnej chusty. Zapłaciliśmy więc za dwa bilety po 50 Bahtów i za wypożyczenie i ruszyliśmy schodami w górę. Co chwilę dobiegał nas niski dźwięk gongu w nieregularnych odstępach i dźwięki dzwonów. Gdy wyszliśmy schodami wyżej dowiedzieliśmy się, skąd te dźwięki. Po lewej stronie schodów umieszczone były dzwony, od małych do całkiem sporych i ludzie przechodząc bili w nie – stąd dźwięk dzwonów. Zaś gong sporych rozmiarów był przy wrotach wejściowych do Świątyni i można było w niego uderzyć. Korzystali z tego zawzięcie Amerykanie co chwilę pozując do zdjęcia i uderzając w niego. Poszliśmy wyżej. Wzdłuż schodów umieszczone były różne mniejsze i większe rzeźby mnichów, Buddy, jakieś niewielkie wodospadziki, figury zwierząt. Na samej górze (oj można się trochę zsapać po tych 344 schodach) wysiłek wynagradzają widoki jakie rozpościerają się z platformy – widać całkiem ładną panoramę Bangkoku.

W świątyni obowiązują pewne zasady, choć, jak się później okazało, nie są aż tak rygorystycznie przestrzegane jak w innych świątyniach. No bo skoro to świątynia, to trzeba buty zdjąć, jak się nie modlisz (jesteś buddystą?) to co się pchasz do przodu do złotej figury Buddy? Uklęknij grzecznie gdzieś z tyłu, cicho i możesz sobie pooglądać! Ilość złota, którym pokryte były te wszystkie postacie Buddy (a było ich więcej niż 4) oraz złocona ogromna stupa w centralnej części na samym szczycie wzniesienia – naprawdę robi wrażenie! Oglądając panoramę Bangkoku zwróciłem przede wszystkim uwagę na to, że poza jednym skupiskiem nowoczesnych szklanych drapaczy chmur, większość budynków nie jest wysoka. Sam Bangkok jest jednak rozległym i dużym miastem, bo zajmuje ponad 1500 km kwadratowych położonym na płaskim terenie. Mieszka tutaj ponad 8 milionów ludzi! Bangkok jest nazywany przez Tajów Krong Thep, co jest skróconą nazwą. Pełna nazwa tego miejsca (używana podczas ceremonii), to Krungthepmahanakhon Amonrattanakosin Mahintharayutthaya Mahadilokphop Noppharatratchathaniburirom Udomratchaniwetmahasathan Amonphimanawatansathit Sakkathattiyawitsanukamprasit

Gdy zeszliśmy już ze wzgórza świątynnego, chcieliśmy oddać szal. Niestety nie było gdzie i nikt nie chciał go wziąć. Doszliśmy do wniosku, że najwyraźniej to nie jest wypożyczenie (choć na informacji było wyraźnie napisane RENT) a zakup. Tak czy siak – szal jest piękny i później używaliśmy go nieraz – chociażby na plaży zamiast ręcznika na piasku – taki jest duży.

Loha Prasat (Metal Castle – Żelazny zamek)

Stamtąd ruszyliśmy w kierunku Khao San Road i tak natknęliśmy się na Loha Prasat – Żelazny Zamek. Zdecydowaliśmy się wejść na teren tego obiektu, bo z zewnątrz jest on imponujący. Wygląda jak pięknie zdobiony z przepychem zamek. Na miejscu okazało się, że niektóre części są już zamknięte albo właśnie zamykane. Dlatego udało nam się jeszcze uchwycić na zdjęciu grupkę mnichów gdy opuszczali to miejsce. Nie jest to miejsce szczególnie popularne, czy tez polecane szczególnie w przewodnikach. Całkiem niezasłużenie. Najbardziej przyciąga wzrok dach jednego z budynku w tym kompleksie świątynnym. Zwieńczony jest on 37 iglicami. 37 to wyjątkowa liczba w buddyzmie. By zakończyć samsarę (cykl narodzin i śmierci, reinkarnacja) trzeba osiągnąć stan Bodhi, (oświecenia, przebudzenia). Do osiągnięcia bodhi dochodzi sie poprzez stosowanie 37 właśnie czynników wyzwolenia (bodhi-paksa-dharma) – cnót. Pięknie się mienił dach głównego budynku świątyni swoimi złoconymi 37 iglicami w zachodzącym słońcu! Podpatrywaliśmy wiec kilka zdjęć i poszliśmy dalej. Szkoda, bo gdybyśmy wiedzieli wcześniej ze tu będziemy i ze tutaj jest market z wyjątkowymi buddyjskimi amuletami, inaczej byśmy zaplanowali wizytę tutaj. W każdym razie polecamy uwzględnić wizytę w Loha Prasat w godzinach otwarcia!

 Robiliśmy się już głodni a z pewnością byliśmy skołowani tą zmianą czasu. Dlatego ruszyliśmy do mekki turystów – Farangów (jak określają Tajowie turystów), czyli ulicy Khao San Road. Po drodze mijaliśmy kanał po którym poruszały się barki – tramwaje wodne i mniejsze łódki z zaopatrzeniem. Spory ruch ludzi i zaopatrzenia w Bangkoku bowiem odbywa sie droga wodna. Mijaliśmy rownież skrzyżowania przy których po raz pierwszy widziałem rozmach z jakim Tajowie tworzyli ołtarze niemalże wizerunkami członków tajskiej rodziny królewskiej. Biorąc pod uwagę rozmiar tych wizerunków, rodzina królewska może się cieszyć niesamowitym, ogromnym uwielbieniem mieszkańców Tajlandii. No albo to zabiegi PR-owe i propaganda. Na jedno wychodzi – rodzina królewska otoczona jest czcią i tak ma być!

Khao San Road

Khao San Road – to osobna historia. Od razu wyprzedzę fakty: nie zostaliśmy okradzeni, oszukani, zgwałceni, zarażeni tym czy innym. Jak weszliśmy trzeźwi, tak (prawie) trzeźwi wyszliśmy. Ale o co chodzi? No właśnie chodzi o to, że ulica ta, to trochę jak bazar, rynek, targ pomieszany z klubem nocnym, restauracja i dzielnica rozpusty, czy jak by tego nie nazwać. Ściągają tutaj wieczorami turyści z całego Bangkoku, żeby się zabawić. No a skoro są tutaj turyści chętni do zabawy, to nie brakuje tutaj również kieszonkowców, naganiaczy (pussy show, ping pong show i inne szoły), prostytutek, Lady Boyów, Toy Boyów, oszustów, jedzenia, wszelkiej maści badziewnych souvenirów, podróbek firmowych ciuchów, torebek, biżuterii, owoców duriana, grillowanego krokodyla i co krok skorpionów na patyku (do jedzenia) oraz bab z drewnianymi żabami z których podczas pocierania pałeczką (żab a nie bab) wychodzi dźwięk rechotu. Pomiędzy tym wszystkim są jeszcze lepsze i gorsze restauracje, dyskoteki i knajpy – mordownie, w których oprócz różnych alkoholi z „bucket’a” można też zapewne i w mordę dostać. Jednym słowem cyrk albo Sodoma i Gomora – jak kto woli. Jest kolorowo, międzynarodowo, przaśnie a przy tym i śmieszno i straszno. Taka trochę łatwiej przyswajalna dla turysty zachodniego wersja Azji w pigułce (gwałtu). A że pigułki gwałtu już nie raz przy tej ulicy wchodziły w ruch, toteż mieliśmy się na baczności.

pyszne mango w kawałkach na Khao San Road

I co? Nie poszlibyście tam po takiej reklamie? Przecież „internety” kłamią! Na początek wzięliśmy świeże mango w przygotowanych kawałkach, pozniej zjedliśmy Pad Thai w Rocco JoJo Bar. Było nieźle, ale bez szału. Popiliśmy piwem Chang – słoń (Patka) i Breezerami (Piotr). Czekając na zamówione jedzenie zaraz obok naszego stolika gość rozstawił swoje stoisko i zaczął przygotowywać owoc duriana. To ten śmierdzący owoc, który ze wglądu na jego okropny zapach nie wolno wnosić do większości hoteli. Ja miałem z tym owocem styczność pierwszy raz. Spodziewałem sie o wiele bardziej intensywnego smrodu. Tymczasem zapach był dla mnie do wytrzymania. Wypiliśmy jeszcze slushy (taki lodowy napój – mielony lód ze świeżymi owocami, dzisiaj wzięliśmy dragon fruit – smoczy owoc). Chłonęliśmy chwilę cały ten zgiełk, zapachy, atmosferę i stwierdziliśmy że nam wystarczy i ruszyliśmy spowrotem do Peace Factory Hostel. Po drodze minęliśmy ponownie Loha Prasat – Żelazny Zamek, który wieczorem będąc pięknie podświetlonym sprawia jeszcze lepsze wrażenie niż przy zachodzącym słońcu.

Wracając zupełnie przypadkiem przechodziliśmy obok ogroooomnej kolejki do małej restauracyjki – Thip Samai. Wszystko się wyjaśniło, gdy Patka pokojarzyła fakty, że to na pewno jest miejsce z gwiazdką Michelina o której czytała i chciała do niego przyjść. No ale widząc ile Ci ludzie muszą wystać w kolejce, żeby się dostać do środka, doszliśmy do wniosku, że nie zdecydujemy się na stratę przynajmniej kilku godzin w kolejce, żeby tylko sprawdzić, czy gwiazdka Michelina się należała, czy też nie. Tym sposobem zaoszczędziliśmy czas na dojście tutaj, by sprawdzić, że chyba jednak aż tak długo na jedzenie czekać nie będziemy.
Tutaj jest lokalizacja tego miejsca.
Jeśli ktoś z Was był tutaj i miał możliwość spróbowania tutejszych specjałów – będziemy wdzięczni na Waszą opinię. Ciekawi jesteśmy czy było warto?

W tym dniu to było wszystko, no może poza zakupami w Seven Eleven. Kupiliśmy tam pierwszy raz oryginalne tajskie RedBulle. Ale o tym już w filmie na youtube, który będę montował, gdy już skończę relację pisaną ze zdjęciami!

Zrobiliśmy pieszo około 7 km tego dnia.

Do zobaczenia!

Piotr

2 komentarze

  1. Czytamy i podziwiamy ! Udanej podróży !

    1. Dziękujemy! Ale my już w Rzeszowie! 🙂 relację zacząłem pisać już po powrocie…

Skomentuj VLQAnuluj pisanie odpowiedzi