Pierwszy dzień Brzóza Królewska – Szczebrzeszyn

Podsumowanie dnia pierwszego:
Brzóza Królewska – Szczebrzeszyn 143 km, 33°C.
Na początku w ramach rozgrzewki ominąłem GreenVelo i zrobiłem niezłą pętlę na Biedaczów i Leżajsk. Tam już wskoczyłem w GV i posiłkując się trackiem GPS na Locus Map już nie zgubiłem trasy.

Generalnie GV jest narazie wytyczone kiepsko jeśli chodzi o bazę gastronomiczną, sklepy po drodze, noclegi i agroturystykę. Może dalej będzie lepiej?
Miałem za mało powietrza z tyłu i dopiero w Rudniku n. Sanem w wulkanizacji sympatyczne chłopaki, których pozdrawiam, dobili mi koło. Trasa po prostu omija wszystkie stacje, bary itd… Od Jarocina dopiero w Ciosmach trafiłem otwarty sklep, gdzie mogłem kupić coś do picia i jedzenia.
Przysiadłem się na ławeczce przed sklepem „CIO” do trzech Jegomości popijających „nektar Bogów” i poczułem jakbym grał w Ranczo Pogadaliśmy o polityce, że trawa ciągle rośnie i „trza ją k…wa ciągle kosić” i że do Szczebrzeszyna jest kawałek.
Więc się pożegnałem i pojechałem dalej!

W Biłgoraju chciałem zjeść obiad. Niestety GV poprowadziło mnie obwodnicą, więc żadnego absolutnie baru ani nic podobnego po drodze nie było. To był mój błąd, że uparłem się trzymać trasy GV. Liczyłem na cokolwiek do jedzenia i brnąłem dalej. Było coraz gorzej. Lasy cały czas. Zaczęły łapać skurcze, więc zatrzymałem się wciągnąłem kolejny żel od Opcia, wypiłem sporo wody z izotonikiem i dałem dalej. Za wioską Wolaniny droga w lesie przemieniła się w plażę (kupa piasku! piasek! piasek!), więc jazda była niemożliwa. Prowadziłem rower, musiałem uspokoić dobijającą się telefonicznie po raz 8 Klientkę i generalnie to był kryzys. Wtedy spotkałem na drodze Pawła i Agnieszkę z Łańcuta i razem brnęliśmy przez piach. Było raźniej. W Bukownicy wreszcie był asfalt, więc pognałem dalej. Postój w Tereszpolu-Zaorenda w sklepie na loda i energetyk. Uzupełnienie płynów i ponieważ dowiedziałem się o restauracji za Panasówką, to olałem GV i pojechałem za głosem żołądka normalną drogą asfaltową (wojewódzką). Takiego wielkiego kotleta drobiowego jak w Gajówce, to nigdy nie jadłem! Musiałem strasznie głodnie wyglądać!

W końcu dojechałem do Zwierzyńca. Wskoczyłem w GV, przejechałem nad Wieprzem i pognałem do celu. Okazało się, że w Szczebrzeszynie akurat jest festiwal, więc z miejscami noclegowymi krucho, ale w Restauracji Klemens za miastem, dostałem ostatni komfortowy pokój. Ba! To apartament!
Teraz regeneracja i jutro znowu jazda!

Zostaw komentarz