Sakwiarstwo romantyczne

Jestem hostem na warmshowers. Czyli goszczę u siebie w domu turystów rowerowych. Poznaje w ten sposób ludzi z którymi dzielę wspólna pasję turystyki rowerowej. Tak poznałem Nelę i Tadka. Kontakt mamy ze sobą nadal poprzez FB. Kilka dni temu, Nela napisała mi wiadomość, że w tę sobotę będzie zlot członków grupy facebookowej „Wyprawy rowerowe z sakwami”. Należę również do tej grupy, ale ostatnio sporo spraw miałem na głowie i przeoczyłem post Elizy, że organizuje dwudniową wycieczkę rowerową do Jury Krakowsko-Częstochowskiej dla członków grupy. Dzięki Neli i informacji od niej, ogarnąłem się i pojechałem wczesnym rankiem w sobotę pociągiem do Krakowa.

Zacznę od tego, że w Rzeszowie na dworcu remont skończony i wreszcie mogłem skorzystać z windy do przejścia podziemnego na perony i schodów ruchomych. Wreszcie jest tak jak trzeba. Nadal jednak z nieznanych mi powodów przed wejściem do przejścia podziemnego nie ma tablicy z „przyjazdami i odjazdami”. Dlatego muszę najpierw wejść do sali głównej dworca, sprawdzić peron i dopiero wtedy na peron. Dziwne to…

W pociągu spotkałem dwóch gości z pięknymi rowerami gravelowymi polskiej firmy Rondo. Pogadaliśmy sporo o ich rowerach i o organizowanym przez nich Galicja Gravel Race. Kto wie? Może w przyszłym roku wystartujemy w tym z Opciem?

Z lekkim poślizgiem dotarłem na spotkanie przy dworcu głównym w Krakowie. Większość towarzystwa już tam była. Czekali na mnie i Elizę, organizatorkę, bo nasze pociągi się spóźniły ponad pół godziny.
Trochę to wyglądało jak zlot sakwiarzy sponsorowanych przez firmę Crosso, bo z jednym wyjątkiem wszyscy mieli sakwy tek firmy, nie licząc toreb na kierownice.

Ruszyliśmy. Najpierw trochę kluczenia przez miasto, aż skręciliśmy w Prądniku Białym w Szlak Orlich Gniazd. Na przedmieściach Krakowa droga porozkopywana, bo dużo się tutaj buduje. Pogoda piękna! Słońce świeci, ale nie grzeje okropnie. Jest po prostu przyjemnie. Nie ma wiatru. Idealne warunki do kręcenia!

Dojechaliśmy do Ojcowskiego Parku Narodowego. Urokliwe dolinki, co chwilę białe skałki wyzierają spomiędzy drzew, jakby ciekawe, kto to nadjeżdża? Przepięknie. Tempo grupy spokojne w tlenowym zakresie tętna, więc spokojnie sobie rozmawiamy jadąc. Jaram się coraz bardziej całym tym wyjazdem, ludźmi, atmosferą. Wspaniale! Zatrzymujemy się często, a to sklep, a to fotka, to skałki, to na wzniesieniu gdy czekamy na resztę grupy. Nikt nie marudzi, nie pospiesza. Sakwiarstwo romantyczne! Napawamy się pogodą, serdecznym towarzystwem, ciekawymi rozmowami i przepiękną scenerią Jury Krakowsko – Częstochowskiej. Nie ma się co spieszyć! Chwilo trwaj!

Na chwilę zboczyliśmy ze szlaku, by podjechać do zamku Korzkiew. Mały zameczek częściowo odrestaurowany. Z zewnątrz sprawia przyjemne wrażenie. Jednak już to co zobaczyłem z dziedzińca, trochę mnie zdegustowało. Tylna część zamku w szczytowej kondygnacji zrobiona z pustaka ceramicznego typu max. Antena satelitarna. Do tego jeszcze jakiś strop ze schodami do niego prowadzącymi wylane ot-tak z betonu. Konserwatora zabytków tu raczej nie było… W środku sale umeblowane i udekorowane. Gotowe na przyjęcie gości weselnych, bo taką funkcję dla zgromadzenia środków zamek ten pełni. Bilet wstępu 10 zł. Nawet taras widokowy z marnym widokiem tego biletu nie zrekompensował. Ale biznes się kręci i jest gdzie zajechać się zatrzymać.

Przy Bramie Krakowskiej przyciągającej tłum turystów umówiliśmy się na popas w Ojcowie. Dwie dziewczyny zostały na obiad wcześniej. Zjedliśmy całkiem smaczny obiad w Restauracji pod Nietoperzem.

Ruszyliśmy dalej. Minęliśmy ruiny zamku kazimierzowskiego w Ojcowie i dalej już szlakiem Warowni Jurajskich a w zasadzie drogą (dość ruchliwą) wzdłuż tego szlaku. Dalej podążyliśmy w kierunku Pieskowej Skały, by przed Maczugą Herkulesa skręcić w lewo na Sąspów.

Kierunek – Dolina Będowska. Podjazdy, czasem dość ostre. Mijaliśmy wystające w polach skałki wapienne. Dzień już pomału chylił się ku zachodowi.

W pewnym momencie na rozjeździe grupa nam się rozdzieliła. Na przedzie wybrali wariant asfaltowy, reszta krótszy wariant przez lasy. Co ciekawe w lesie ścieżki pokryte śliskimi konarami drzew, wapiennymi skałkami i kamieniami oraz mokrymi liśćmi. Co chwilę też musieliśmy pokonywać przecinające ścieżkę potoki. W jednym miejscu było dość niebezpiecznie i Tadka w trakcie pokonywania potoku przygniótł rower. Nie ma się co dziwić. Pięć sakw na rowerze, śliskie i grząskie błoto w potoku i spore uskoki na jego brzegach. Na szczęście nic się nie stało poza błotem na sakwach. Wspólnymi siłami pokonaliśmy przeszkodę.
Nie była to jednak pierwsza wywrotka tego dnia, bo wcześniej w krzaki z wąskiej drogi asfaltowej wpadł Tomek. Co prawda, kostka go bolała przez resztę dnia, ale tylko gdy szedł. Nie miał wyjścia – musiał jechać 🙂 Parę zadrapań, ale to twardy Gość! Nie marudził w każdym razie.

Jeszcze było widno, gdy dojechaliśmy do polany przy Mnichu i Żabim Koniu. Tak nam się tam spodobało, że daliśmy znać drugiej grupie, by tu dojechali, bo tutaj właśnie się rozbijamy na nocleg. Piękne miejsce! Altana z zadaszeniem, sporo ławek, palenisko wydzielone w polanie do rozpalenia ogniska, płaska łąka i wielkość odpowiednia by nas wszystkich 14 osób pomieścić.

Najpierw musieliśmy nazbierać drzewo na ognisko. Wszyscy głodni, a już coraz bardziej zmierzchało, więc zamiast rozbijać namioty, musieliśmy ruszyć w las. Dobrze było widać wtedy, że grupa składa się z doświadczonych podróżników rowerowych. Żadnego marudzenia, wyłamywania się – każdy wiedział, że trzeba tak właśnie zrobić – najpierw drewno, później namioty i dopiero wtedy można robić jedzenie, przebierać się i myć. Gdy już wszyscy rozbili namioty i siedli przy ognisku serdeczność, ciekawość innych sięgnęła zenitu. Wspaniała atmosfera. Cudowna ekipa. Każdy chciał się podzielić swoimi doświadczeniami, historiami, miejscami, trasami. Coś wspaniałego. Byłem urzeczony! Kiełbaski, kartofle z ogniska, piwka, niektórzy nawet spróbowali mojego bourbona i choć martwiłem się, że wziąłem go za mało na taką grupę, to okazało, się, że starczyło dla chętnych. Ten wieczór będę wspominał długo z uśmiechem! Po 23 już wszyscy poszli spać.

Koło 4 rano obudziłem się zmarznięty mimo iż mój stary śpiwór Alpinusa strefę komfortu miał między 0 a 10 stopni. Było pewnie kilka stopni na plusie a mimo to było mi zimno. Koło 5 rano kropiło z rzadka. Po 7 po kolei wszyscy wstawali i wychodzili z namiotów i hamaków. Było chłodno. Słońce jeszcze nie przebijało się zza skał i drzew. Łukasz dopingował „Dajesz Słońce! Dalej dawaj!” Wszystko było bowiem pokryte poranną rosą. Trawa, namioty, rowery. Myśmy grzali się przy tlącym się ognisku jedząc śniadanie. Wreszcie słońce zaczęło grzać na polanie. Widok spektakularny, gdy słońce swoimi promieniami zmieniało rosę na namiotach w parę! Wyglądało to, jakby namiot się dymił.

Zaczęliśmy się pakować czekając na wyschnięcie namiotów, gdy nagle słyszę: „Łooooosiuuuu! Łosssiiiiuuuuuu”. Nie wierzę! W ten sposób wołaliśmy łosie jadąc razem przez Krainę Łosia, bo nieśmiałe były i się nie chciały nam pokazać… Od razu wiedziałem więc, kto woła 🙂 Obróciłem się w kierunku ścieżki i widzę Opcia na rowerze! To Ci dopiero niespodzianka. Skubany zobaczył na Stravie, gdzie skończyliśmy wczoraj trasę i przyjechał do nas z Krakowa licząc, że jeszcze nie wyjechaliśmy. Ale mnie tym uradował! Kompletnie się tego nie spodziewałem, bo umawialiśmy się, że się zobaczymy jak dojadę do Krakowa późnym popołudniem. Pogadaliśmy trochę, spakowaliśmy się wszyscy i w końcu ruszyli w dzisiejszą trasę.

Za Kobylanami poprzebijaliśmy się przez lasy aż dojechaliśmy prawie do miejsca „Brandysówka” gdzie początkowo mieliśmy mieć nocleg. Zrobiliśmy sobie w pełnym składzie zdjęcie przed Sokolicą, bo Tadek z Nelą postanowili już nie pchać się dalej w lasy i ciężkie podjazdy i wrócić do Krakowa. Jestem im wdzięczny za to, że właśnie za ich sprawą mogłem wziąć udział w tym wyjeździe. Nela bowiem napisała do mnie, że jest taki wyjazd. Ja przeoczyłem informacje na grupie, więc nie wiedziałem o tym. Nela i Tadek zaś, to zaprawieni w długich podróżach turyści, którzy niegdyś odwiedzili mnie w Kielanówce w ramach warmshowers.

Dalej trasa robiła się hardcore’owa! Wąska ścieżka w lesie, błoto, śliskie liście, strome podjazdy, do tego spore kamienie. Nie dało się sporych odcinków jechać, trzeba było pchać. Ale nikt nie pękał! Nikt nie stękał! Po raz kolejny grupa udowodniła, że oprócz charakteru, ma spore doświadczenie. Nikt nie rezygnował, nikt się nie wychylił, że może lepiej asfaltem. Sami twardziele i harde dziewczyny! Gdy już wszyscy byli zdrowo spoceni i zsapani, po kolei wszyscy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że zboczyliśmy ze szlaku. Piotrek, który był na czele, poświęcił się i wspinał dalej, by zobaczyć, czy dojdzie do szlaku. Reszta wróciła kawałek, by wrócić na szlak. To był właśnie ten moment, w którym mogło dojść do sprzeczki, do wytykania sobie i wkurzania się. Nic takiego nie miało miejsca. Co za wspaniała, cudowna ekipa! Ujęło mnie to do głębi. Naprawdę! Z tymi ludźmi mógłbym jechać gdziekolwiek. Dobre humory mimo przeciwności i konstruktywne podejście do sprawy. Mimo wszystko! Gdybym sam się tam znalazł, wkurzałbym się na samego siebie, a z ekipą, wiedziałem, że nic to – zaraz zrobimy poprawkę i będzie spoko. Bomba!

Gdy wreszcie wydostaliśmy się z lasu i minęliśmy ludzi na kolanach przed kościołem (bo niedzielna msza), przez ułamek sekundy mnie kusiło, by zadzwonić dzwonkiem i sprawdzić, jak zareagują 🙂 Zrobiliśmy postój, a część grupy podjechała do pobliskiego sklepu kabanosik. Ostatecznie wszyscy się tam spotkaliśmy i po odpoczynku ruszyli dalej.

Po drodze już w szybkim tempie minęliśmy Krzeszowice, browar Tenczynek i przed dojazdem do Zamku Tenczyn podzieliliśmy się na dwie grupy. Ja pojechałem asfaltami – dłuższą drogą, bo moje opony nie sprawdzają się zbyt dobrze na błocie z mokrymi kamieniami. Większa grupa pojechała kamienistą ścieżką ostro pod górę – trasa krótsza ale być może bardziej wymagająca. A ja w mniejszej grupie (Magda, Grzesiek, Wojtek i Tomek) pognaliśmy asfaltami. Końcowy podjazd do Zamku Tenczyn był naprawdę ostry! Ściana miała w jednym miejscu (jak podawał mój licznik) 14,5% nachylenia, ale generalnie poniżej 8% nie schodziło. Na szczycie w nagrodę mogliśmy siąść i zjeść lody w budce „Słodki Cham”. Niestety nie znam genezy tej nazwy, bo dziewczyna, która w niej pracuje jej nie zna. Za to z pewnością musi często odpowiadać na głupie pytania o nazwę. Za szkodliwe warunki pracy, powinni jej płacić ekstra kasę! 🙂

Dołączyła do nas reszta, zjedliśmy lody i podjechaliśmy do zamku. Niedziela, piękna pogoda, pora po sumie, więc co? TŁUMY. Dzikie tłumy. Zrezygnowałem ze zwiedzania zamku, bo nie lubię stać w kolejkach i w kolejkach chodzić po schodach, zwiedzać pomieszczenia. Usiedliśmy na kawę i ciasto w „Polana Kawa” skąd rozpościerał się piękny widok na zamek. Posiedzieliśmy trochę i w grupie 12 osób (bo po drodze dołączyła do nas Ania, a Piotrek pojechał do domu) pojechaliśmy w kierunku na Kraków.

Tempo dobre, pogoda nadal piękna, a tymczasem mój brzuch mówił „Stary! Chyba sobie ze mnie jaja robisz!”. Kibel i ciepły posiłek. Głupio to brzmi w takim zacnym towarzystwie i w takich fajnych okolicznościach, ale cóż… Proza życia! Szybko zleciało głównie drogami asfaltowymi, a przed Krakowem szutrami. Dojechaliśmy do Błoni krakowskich. Pożegnaliśmy część z nas i reszta wraz ze mną pojechała do food trucków. Wreszcie mogłem zaspokoić żądania mojego ciała. Gdyby nie komary, to moglibyśmy tak przesiedzieć jeszcze długo! Koniec końców, pożegnaliśmy się i ja wraz resztą ekipy pojechaliśmy już po zmroku na dworzec główny.

Mimo zatłoczonego pociągu, nie miałem problemu ze znalezieniem miejsca dla mojego roweru. Po wysiadce w Rzeszowie zostało mi jeszcze tylko 6 km do domu z dość ostrym podjazdem na koniec.

Pierwszego dnia zrobiliśmy 50,5 km i 745m przewyższeń
Tutaj możecie zobaczyć trasę ze Stravy a TUTAJ z Relive
Drugiego dnia zrobiliśmy 64,19km i 634m przewyższeń
Tutaj możecie zobaczyć trasę ze Stravy a TUTAJ z Relive

Wspaniały to był weekend! Nie zapomnę go nigdy! Co powoduje, że podróż rowerowa zapada głęboko w pamięć i na każde wspomnienie uśmiechasz się szeroko? W moim odczuciu, odwiedzane miejsca, zobaczone zabytki czy inne atrakcje, sceneria są ważne, ale jednak najważniejsi są ludzie! Ci poznani na trasie, Ci z którymi pokonywałeś trasę, przeszkody, z którymi dzielisz wspomnienia. Dlatego właśnie tak bardzo cieszę się z tego wyjazdu, bo byłem w otoczeniu Wspaniałych Ludzi! Panowała cudowna atmosfera, dzieliliśmy się wszyscy inspirującymi opowieściami przy ognisku i na trasie.
Dziękuję Neli, że dzięki niej wziąłem w tym udział. Elizie dziękuję za zorganizowanie tego zlotu z zaplanowaniem trasy i każdemu z osobna, że jesteście tak fantastyczni! Z taką ekipą mogę jechać wszędzie! Nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu.

A jeśli Wam się spodobało to, co tutaj opisałem, to wiedzcie, że Wy również możecie wziąć w tym udział. Dołączcie do grupy wyjątkowych ludzi na facebooku w grupie „Wyprawy rowerowe z sakwami” i poczujcie niesamowitą przygodę turystyki rowerowej.

Piotr

2 komentarze

  1. Super wyjazd. Trzeba powtórzyć.

    1. Też tak uważam! Pozdrawiam 🙂

Skomentuj NovaxAnuluj pisanie odpowiedzi